O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.

Ryszard Jastrzębski


Ryszard Jastrzębski
„Mongoł" - epizod II

Jest rok 1967. Jestem w wojsku 18 miesięcy i do końca służby zostało pół roku. Właściwie to znam już wszystko. Znam wszelkie tajniki życia wojskowego, poznałem tajemnice służby  i wydaje się, że już nie ma przede mną żadnych niespodzianek i właściwie nic już mnie nie zaskoczy.

Manewry Układu Warszawskiego na terenie NRD mają się ku końcowi. Poszczególne jednostki z NRD, ZSRR i Polski kierują się do wyznaczonego zalesionego miejsca zbiórki. Moja Jednostka jest już na miejscu. Obok nas rozlokowała się Grupa Wojsk  Radzieckich i rozpoczęła zagospodarowywanie  swojego terenu. Dowódcy Jednostek i ich oficerowie ze swoimi mapnikami i naprędce przygotowanymi materiałami kierują się w stronę namiotu, w którym ulokował się sztab armii. Będą tam składać raporty i wymieniać uwagi na temat zakończonych manewrów. Teraz teren zgrupowania w swoje posiadanie objęli podoficerowie. Ja, jako zastępca dowódcy II plutonu, dopilnowuję właściwego ustawienia samochodów, ustalam grafik służb i rozdzielam prace porządkowe.

Darek – mówię do mojego kolegi z drużyny – idę na obchód a ty mnie w tym czasie zastępujesz. Dopilnuj, by się bractwo nie opieprzało. Zezwól na przerwę na papierosa, dopiero po wykonaniu latryny. Rozglądam się i przywołuję naszego pisarza kompanijnego - Czesia Kaczorowskiego. Czesiu, jak nie masz już nic do roboty, to chodź ze mną. Obejdziemy nasz rewir.

Lubiliśmy razem wszędzie chodzić. Byliśmy starymi kolegami jeszcze z lat szkolnych i kolegami z pracy. Teraz los nas razem zetknął  w tej samej kompanii. Rozumieliśmy się bez słów. Idąc razem duktą leśną rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Słońce przenika poprzez konary drzew oświetlając nasze pojazdy i tworząc piękne refleksy. Jest południe. Idziemy spacerkiem z założonymi do tyłu rękoma. Rozglądam się wokół i obserwuję krzątającą się żołnierską brać. W równym szeregu stoją nasze wozy antenowe. O jedną duktę dalej stacjonuje uformowany szereg  wozów pancernych z ładnie wymalowanymi godłami. Tuż za nimi równiutki szereg zielonych namiotów z okrągłymi szybami i krzątającymi się w środku żołnierzykami w czarnych mundurach. To nasi czołgiści! Idę i gapię się na normalne życie wojskowe.

Rychu! - Czesław trąca mnie w bok. Ryszard, popatrz! Odwracam głowę. Tuż przy wyznaczonej symbolicznie granicy naszego rewiru widzę niską, symetryczną piramidę wykonaną z żołnierskich brezentowych pałatek do której dochodził   kabel i chował się w jej środku. Z drugiej strony piramidy wychodziły dwa kable i biegły w stronę pobliskiego mostu. Obok tej niskiej zielonej piramidy siedział „po turecku” żołnierz z czerwoną gwiazdą na swojej furażerce. Siedział nieruchomo, jak gdyby wpatrywał się w dal. Twarz miał ogorzałą, szeroką, a zamiast oczu dwie poziome szparki. Na jego kolanach leżał popularny „kałasznikow”. Żołnierz siedział tak jakby nas w ogóle nie widział. Byłem zaskoczony.

Czesiek! To jest prawdziwy Mongoł! Spojrzeliśmy po sobie i skręciliśmy w jego stronę.  Stanąłem przed nim i jak umiałem najlepiej powiedziałem: Zdrastwujcie!  Powoli podniósł głowę. Czewo, nu czewo? zapytał.  Sięgnąłem do kieszeni po paczkę papierosów. Zawsze miałem przy sobie „Mentolowe”.  Zakurisz? Mongoł rozejrzał się  dookoła .-Anu dawaj! powiedział, po czym sięgnął do paczki , wyciągnął dwa papierosy zakładając jednego za ucho. Będzie na później,  Kucnąłem obok niego. Zaciągnęliśmy się dymem.

Tymczasem Czesiek udając obojętność, obchodził piramidkę dookoła próbując zajrzeć do środka.  Nurtowało nas bardzo pytanie: Co może być takiego ważnego pod pałatką, że pilnuje tej swoistej tajemnicy wartownik z bronią gotową do strzału?  Po jakiego diabła? Przecież manewry się skończyły! Czesiek po wykonaniu spaceru okrężnego w końcu stanął przed wejściem do piramidki i założywszy ręce do tyłu, udając obojętność i patrząc na korony sosen, czubkiem buta próbował odchylić rąbek zielonej tkaniny. Mongoł, który spod przymkniętych powiek obserwował poczynania Cześka wyskoczył jak sprężyna. – Ty czewo? Uchodzi! wrzasnął wymachując kałasznikowem.  Czesiek zrobił ręką nieokreślony gest, obszedł piramidkę i stanął przy mnie z miną głupiego.

Dlaczego krzyczysz na mojego kolegę? Nic złego przecież nie zrobił, chciał tylko zobaczyć co tam trzymasz. Mongoł zrobił dwa kroki do tyłu, podwinął nogi i usiadł ponownie po turecku. Spojrzał na mnie i z wyrzutem w głosie odpowiedział: Nie nada!

Cholera!.  – A dlaczego nie można?.  Mongoł wyraźnie i dobitnie, cedząc każdą literę powiedział: TAJNOJE!

Zrobił przerwę i cichym głosem dodał:  No  ja sam nie wiem co tam jest, więc niech i was to nie interesuje!  Spojrzałem na kumpla. Jak to? Sam nie wie czego pilnuje? Przez chwilę zapadła cisza, którą przerwał Czesiek. – samogon u was jest? – zapytał.  Dla przyjaciół zawsze się znajdzie odpowiedział Mongoł.

Szybko podchwyciłem myśl Cześka. Domyślałem się, że chce upić Mongoła, byśmy mogli spokojnie zgłębić tę tajemnicę.

Bo widzisz, - mówię do Mongoła, ty pójdziesz po samogon, a my po tuszonkę. A mamy tego wiele!, Przyniesiemy ci naprawdę coś dobrego: słoninkę konserwową, która da się smarować jak masełko!. Mongoł przełknął ślinę, poderwał się, ruszył ku swoim...  i oprzytomniał. Nie mogę, wymamrotał. - Jak to? –zapytałem. Skinął głową wskazując na piramidkę. Muszę pilnować pałatki!

- No wielka rzecz! Ty szybko skoczysz po samogonkę, a my przypilnujemy ci tę pałatkę. Nawet nikt nie zauważy. Mongoł usztywnił się. Nie mogę. I zwracając się do nas wolno i dobitnie powiedział: Dowódca mnie tu postawił i tylko dowódca może mnie zdjąć. TAJNOJE!  Wy zrozumieli?

Cholera, no to co tu zrobić? Co za ciężki przypadek!  Zapadła cisza. Zwróciłem się do Cześka. Słuchaj Czechu. Jak on nie może iść po wódkę, to ty przynieś naszą. U mnie w wozie aparaturowym, schowałem kilka butelek wódki, którą kupiliśmy po zakończonych manewrach w NRD. Miała być na jakąś dużą okazję. Teraz wielkość tej chwili uzasadnia naruszenie zapasów. Przynieś dwie „połówki”.  A zwracając się do Mongoła powiedziałem: ale ty dajesz tuszonkę i chleb!

Czesiek uwinął się szybko i po chwili przed nami stały dwie butelki niemieckiej wódki. Mongoł wyraźnie ożywiony zaczął cmokać i  wyciągnął zza pazuchy kawałek razowego radzieckiego chleba. Coś do wąchania mamy, a niedługo Krisza przyniesie  obiad.  Przygotowania do upicia Mongoła i wykradzenie jego tajemnicy zaczęły nabierać realnego kształtu.

Teraz w oczekiwaniu na Kriszę siedzieliśmy wszyscy przed piramidką i rozmawialiśmy o kolegach, sympatiach i o rodzinnych stronach, z których pochodziliśmy. Emocje lekko opadły, a rozmowy zeszły na tematy obojętne, gdy z daleka dało się słyszeć charakterystyczny warkot. Wiertalot- stwierdził Mongoł. Plamka na niebie powiększała się, była coraz większa, aż w końcu wielki bojowy śmigłowiec z biało-czerwoną szachownicą na kadłubie zawisł nad pobliską polaną. Zerwał się wiatr, kołysało sosnami i w powietrze wzniosły się tumany kurzu tworząc żółto-szarą kurtynę. Na tej małej polanie łopaty śmigłowca tworzyły potężny wir, który porywał gałązki drzew, suche patyki, wznosił igliwie.  Odwróciliśmy się plecami i kurcząc  ile tylko było można, jednocześnie ściskaliśmy na głowach nasze czapki.

Poderwane szyszki z furkotem latały obok nas, waliły w piramidkę,  biły nas po plecach, a nasze butelki dźwięczały w rytm uderzeń.  I kiedy już tuman ogarnął wszystko i nic nie było widać, śmigłowiec zwolnił  i po chwili nastała cisza.  Ze śmigłowca jeden po drugim zaczęli wychodzić oficerowie wyżsi rangą. Od razu też skierowali się w stronę namiotu sztabowego.

Kurz zaczął powoli opadać, gdy zauważyliśmy stojącego obok nas Kriszę. Przyniesiony w baniakach przez niego obiad stał w pobliżu „naszej” piramidki. Tak byliśmy zaaferowani przylotem śmigłowca, że po prostu nie zauważyliśmy jego nadejścia. A wy kto? zapytał patrząc się na nas. Druzja! odpalił Czechu. Krisza chwilę się nam przyglądał, po czym odwrócił i poszedł.  Spojrzałem na piramidkę. Ku mojej wielkiej złości stała nie naruszona. Jak opoka jakaś, jak skała z granitu, jakby kpiła ze mnie. Pomyślałem sobie: musi w niej być naprawdę coś ważnego, skoro jest tak zabezpieczona, że taka zadyma nie dała jej rady! 

No dobrze, ale gdzie jest nasza wódka? – zapytał Czesiek. Stała tu przecież. Spojrzeliśmy wymownie na Mongoła. Ten z uśmiechem sięgnął do tyłu i zza pleców wyciągnął obie butelki. Tego trzeba pilnować jak własnej siostry! W tej kurzawie szkoda by ich było.

Tymczasem wrócił Krisza. Z tyłu bluzy wyciągnął schowaną tam butelkę i podszedł do nas.  U nas w rodzinnych stronach – mówił,  jest taka tradycja, że gości na progu swego domu wita gospodarz z własną wódką. A wy  jesteście u nas goście! Stanął przede mną i wyciągnął dwa aluminiowe kubki. Jeden napełnił do połowy wódką, a drugi wodą. Nabrał powietrza, po czym duszkiem wypił wódkę, popijając wodą. Uuuh-  skrzywił się i wąchając skórkę razowego chleba powiedział:  teraz ty.  Odwróciłem się do kumpla. Czesiu, damy radę?  Bo widzisz, ja mam wątpliwości: Cóż, teraz to my nie mamy wyjścia, odpowiedział.  Wziąłem w dłonie podane mi dwa kubki i jęknąwszy cicho: O Jezu!,  wypuściłem  powietrze i wypiłem duszkiem zawartość pierwszego kubka. Po sekundzie poczułem piekielny ogień w przełyku, który wlewał się do żołądka i rozpływał po nim. Żar rozchodził się na boki i piekł niemiłosiernie. Czułem się, jakbym połknął palnik. Chciałem krzyknąć, ale nie mogłem chwycić powietrza. Oczy wyszły mi na wierzch. Byłem zatkany, a opary wódy rozsadzały mi płuca. Oooooch – próbowałem wciągnąć powietrze. Pij wodę!... Wodę pij!... Mongołowie pękali ze śmiechu. Jakimś cudem łyknąłem trochę wody i odzyskałem oddech. O, k..wa! Toż to czysty spirytus!  Nie wiedząc o tym, walnąłem sobie gruchę z 250 gram czystego spirytusu. Krisza – ty gnojku! jeden!...Stałem lekko oszołomiony chcąc zachować fason, ale było coraz trudniej.  Po krótkiej chwili las  zaczął odjeżdżać na boki, krzaki tańczyły, a język potrafił wypowiedzieć tylko: sssss.. i....przestałem cokolwiek słyszeć. Cały świat się zrobił żółty. Las był żółty, Mongołowie i Czechu byli żółci, piramidka zrobiona z pałatki też była żółta. Kiwnęło mną do przodu i do tyłu. Nogi już mnie nie utrzymały. Runąłem jak długi na tak pilnowaną przez Mongoła piramidkę.  Piramidka wydała z siebie odgłos przebitej piłki. Ciężar mojego ciała zdmuchnął piramidkę na bok i odsłonił  skrywaną tajemnicę. Otworzyłem z trudem oczy. Przed moim nosem stało brązowe, nakrapiane bakelitowe pudełko z czarną korbką  z boku. Nie wierzyłem własnym oczom.  Przecież  to polowy telefon na korbkę – model roku 1943. To jest TAJ-43! Taki sam, jaki posiadają nasi harcerze, gdy jadą w teren grać w podchody!  A ten głupi Mongoł trzymał przy tym wartę, sam nie wiedząc co jest w środku i do tego był gotów do nas strzelać! Zdążyłem o tym pomyśleć, zanim całkowicie ogarnęła mną ciemność.

Obudził mnie warkot silnika i podskakiwanie samochodu na nierównościach. Półprzytomnie rozejrzałem się dookoła. Leżałem na podłodze w środku wozu aparaturowego i byłem bardzo obolały. Zrobiłem próbę powstania. Usiadłem. Ręce mi się trzęsły, głowa pękała z bólu, nogi drżały, a wewnątrz żołądka miałem całe mrowisko. Co ja tu robię? Co tu jest k..wa grane?  Wyglądam przez okno. Widzę całą kolumnę jadących naszych Ził-ów. Mijamy Kalisz. O cholera!. Wracamy do jednostki. Odwracam się od okna i co widzę? Na podłodze obok mnie w samej podkoszulce leży skulony Czesiek, a pod głową ma zwiniętą bluzę munduru,  spod którego wystaje znajomy fragment brązowego bakielitowego pudełka z czarną korbką u boku.  Jasny gwint!  TAJ-43!... Zdobyliśmy aparat! Sam nie wiem jak,...ale zdobyliśmy! Jutro z triumfem przekażemy go naszym zaprzyjaźnionym harcerzykom ze szczepu „Niewidzialni”. Jeżeli to jutro przeżyjemy. Bo zdajemy sobie sprawę, że czeka nas bardzo trudna rozmowa z dowódcą naszej kompanii.

Tekst został zamieszczony za zgodą autora, za co serdecznie dziękujemy.
Aktualizowane: 05 kwietnia 2009 r.

Kopiowanie tekstów i zdjęć zamieszczonych na stronach Klubu Rezerwistów Wojska Polskiego w celach komercyjnych, 
w celu publikacji w innych serwisach bądź na innych stronach internetowych 
bez zgody autorów lub władz Klubu jest ZABRONIONE.