O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.

Filip Tyszka

 
„Pierdol to i się śmiej - wstaniesz rano będzie mniej”

Moja przygoda z wojskiem zaczęła się 1 czerwca 2000 r, wtedy to objawiłem się na komisji lekarskiej, gdzie grupka ludzi mnie zmierzyła, zważyła (wszystko na sztukę) i stwierdziła, że jestem zdolny do odbycia zasadniczej służby wojskowej. Jednocześnie dostałem odroczkę na 12 miesięcy (nauka). Po ukończeniu szkoły każdy list znaleziony w skrzynce wywoływał dreszcz emocji.

I wreszcie w marcu 2002 stało się - dostałem wezwanie na WKU (wtedy już to wojsko tak mi nie pasowało).W wyznaczonym terminie stawiłem się w WKU, na korytarzu paru gości pisało jeszcze podania o odroczenie, a ja wszedłem do pokoju. Za biurkiem siedział jakiś facet w mundurze, zanim cokolwiek zdążył powiedzieć, spytałem czy mam jeszcze jakiś wybór czy od razu dostanę bilet. Na całe szczęście w desantowych „miejsc” nie było. Po chwili gościu pyta czy mam maturę i czy jestem niekarany. Mam i nie jestem - a o co chodzi? A on na to - czy jestem zainteresowany służbą, a potem możliwością pracy w Biurze Ochrony Rządu no i mnie zamurowało. Po krótkiej rozmowie zgodziłem się, kto by się nie zgodził - i dostałem bilet do Ośrodka Szkolenia Podstawowego BOR w Raduczu na 3 kwietnia. Jak się potem okazało z domu do Raducza miałem ok. 60 km.

Dni leciały szybko jak nigdy i zanim się zorientowałem był już 2. Wieczorem pożegnanie ze znajomymi, rano szybkie pakowanie niezbędnych rzeczy i z kacem gigantem wsiadłem do samochodu i jazda. Otrzeźwiałem kiedy zobaczyłem wojskowego STARA, który wiózł innych nieszczęśliwców, już zupełnie po dojechaniu pod biuro przepustek. Jeszcze krótkie gadanie o niczym i bez przeciągania chwili grozy przeszedłem przez furtkę. Potem jakieś ankiety i jak czekaliśmy na strzyżenie dotarło do mnie, że wpadłem w gówno po uszy na rok !!! Jeszcze mycie, pobieranie sortu mundurowego (buty dostałem o 2 numery za duże, a szwej co mi je wydawał powiedział - „Szczerze, pierdoli mnie to”- to było ulubione powiedzenie jak się do kogoś zwracałeś z jakimś problemem lub prośbą). Potem wizyta u lekarza i jakieś tajemne szczepionki po których ręka mało co nie odpadła i wjazd na grupę. Tam ekspresowe pobieranie oporządzenia i do sal, gdzie dowiedzieliśmy się co wolno czego nie, tego było mnóstwo - nie leżeć na wozach, nie palić bez pozwolenia, wszystkie kieszenie pozapinane, nie trzymać rąk w kieszeniach, pasy trzy palce nad kieszeniami i do oporu ściągnięte, itd … Bardzo szybko trzeba było się nauczyć gazem ubierać, myć, ścielić łóżka, wychodzić na zbiórki. Potem zaczęły się zajęcia, najciekawsze były te związane z bronią, oczywiście poza czyszczeniem jej, a reszta była nudna jak cholera, jakieś prawa, obowiązki wartownika.

Co parę dni mieliśmy strzelania z kbk AKMS, P-83 i raz z PM UZI (najfajniejsza broń). Największą ściemą było szkolenie chemiczne, zupełna bzdura, cały ten OP1(OPEL) i maska są chyba tylko po to, żeby zdążyć spisać testament i kropnąć paru wrogów. Na całe szczęście z OPCHEM mieliśmy tylko 3 godz. i maskę wkładało się gdy ktoś nie zaliczył strzelania. Poza zajęciami głównie poznawaliśmy uroki rejonów (BOR = Baniak, Obierak, Rejony). Najgorszym dniem była sobota, nie było zajęć, ale za to były rejony od rana do wieczora zewnętrzne i wewnętrzne, na zmianę. Ale po sobocie była niedziela - pobudka o 7, bez zaprawy, zajęć, chwila wolnego, lepsze jedzenie (tylko śniadanie i obiad, bo kolacja w normie - nie jadalna) no i odwiedziny. Ale po 15 znowu rejony. Na tydzień przed ślubowaniem doszły mam próby. I nadszedł ten dzień UROCZYSTEGO ŚLUBOWANIA, niezapomniana chwila, ktorej nie da się z niczym porównać. A po ślubowaniu 5 dni urlopu. Urlop się skończył i wróciła monotonia dnia codziennego. W Raduczu byliśmy 2 miesiące a potem przeniesienie do Warszawy. Sama myśl o wyjeździe wszystkich przerażała, bo trochę nasłuchaliśmy się o tym miejscu i nie były to pochlebstwa (kradzieże, brak wyjazdów, to czego boi się każdy przed przyjściem do wojska).

Nadszedł dzień wyjazdu, każdy wydymany. Po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Trafiłem na pierwszą Grupę Ochrony Obiektów Własnych, była to jedna z dwóch grup, gdzie mieszały się dwa pobory, nasz - Wiosna(40 osób) i Jesień (ponad 100). Zanim trafiliśmy do sal „starsi koledzy” trochę nam opowiedzieli o tym miejscu i potwierdzili co już słyszeliśmy. Pierwsza grupa, oprócz wart była też KOMPANIĄ HONOROWĄ, więc w przyszłości czekała nas musztra. Tego samego dnia zobaczyliśmy stołówkę - obraz nędzy i rozpaczy, co prawda wiedzieliśmy, że będzie to „nora” ale było gorzej - pod sufitem latały wróble (serio!), waliło jak w ptaszarni w ZOO. Plusem było to, że mieliśmy więcej czasu na jedzenie i można było w spokoju zjeść. Przez kilka pierwszych nocy niewiele spaliśmy, co chwila przyłaziły „jesiony” i coś pieprzyli od rzeczy. Na wartach też było pospane, najczęściej gdzieś na podłodze szatni. Przez pierwsze dni spało się po 2-3 godz. na dobę. Przed i po wartach non-stop robiliśmy rejony i z zazdrością patrzyliśmy jak koledzy z innych grup idą na przepustki, a my jedziemy te cholerne rejony. Podobnie było z zaprawami oni może z 1,5 km w dresach, a my ponad 5 km w mundurach (bo musimy mieć mocne nogi do musztry - bzdura totalna). Pocieszaliśmy się, że gdy „jesień” wyjdzie to my dostaniemy młodych, a oni nie, ale to miało być za jakieś 3 miesiące. Stopniowo mieliśmy coraz większe luzy i po miesiącu i my dostaliśmy przepustki stałe tzw. stałki i to była jedyna możliwość wyjścia na parę godzin, bo o urlopie nie było co marzyć. Na stałki mogliśmy wychodzić w paru, po rejonach i obieraku - jeśli był. Co 24 godziny mieliśmy warty i to jest chyba najlepszy sposób na odwalenie wojska, szybko leci czas, a to jest najważniejsze i na wartach jest w miarę spokojnie. Minusem jest potworna monotonia, każdy dzień jest taki sam. Miałem szczęście, że dostałem się na Wartę Honorową pod Pałacem Prezydenckim, szczęście polegało na tym, że tam był skład 7 osobowy. Na służbę potrzeba było 5 osób więc 2 osoby były w domu - i tak na zmianę. A poza tym stojąc pod pałacem widziałem wielu prezydentów, premierów, polityków i innych znanych osobistości. A na koniec mieliśmy możliwość sfotografowania się z Prezydentem i to jest najfajniejsza pamiątka z tych 365 dni służby. Pod koniec września wyszła jesień i to my byliśmy już starszym poborem (mieliśmy wtedy ponad 170 ddc) i nastąpił koniec rejonów, obieraków, na zaprawy nie chodziliśmy bo wstawaliśmy o 7 jak przychodził dowódca grupy (nieraz on nas budził i wtedy na krótki okres strzelało z wyjazdów ale co tam). Skończyły się problemy z przepustkami, ogólnie zmienił się stosunek kadry do nas. I tak leciał dzień za dniem, cyferka spadała i nastąpił koniec WRESZCIE. O 12:24 dnia 2 kwietnia 2003 r przekroczyłem bramę zostawiając z sobą cały ten BOR. To uczucie wielkiej radości i niedowierzania, że to już koniec jest cudowne. Jeszcze jedna rzecz trwale zapadła mi w pamięci - zupełnie przypadkowo - zebraliśmy się w parku koło jednostki i ruszyliśmy razem w stronę Dworca Centralnego. Szliśmy ponad stu osobową grupą przez Warszawę, cały czas śpiewając (po dotarciu do domu jeszcze następnego dnia miałem chrypę). Na szczęście obyło się bez żadnych burd i niczego takiego, pełna kultura, choć całą drogę jechał za nami radiowóz.

W wojsku trzeba żyć zgodnie z pewną zasada „Pierdol to i się śmiej, wstaniesz rano będzie mniej”. To pomaga, trzeba się z tego wszystkiego śmiać żeby nie zwariować. 

codziennie 
przed
capstrzykiem
laski
na grupie
zmiana
po służbie z prezydentem pod filarem

Tekst został zamieszczony za zgodą autora, za co serdecznie dziękujemy.
Aktualizowane: 30 maja 2003 r.

Kopiowanie tekstów i zdjęć zamieszczonych na stronach Klubu Rezerwistów Wojska Polskiego w celach komercyjnych, 
w celu publikacji w innych serwisach bądź na innych stronach internetowych 
bez zgody autorów lub władz Klubu jest ZABRONIONE.