O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski
- Piotr Grześkowiak

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.

Andrzej Iwankiewicz

 
Moje uwagi na temat zestrzelania samolotu pasażerskiego nad Morzem Czarnym.

W wojskowej służbie czynnej, lata 1964 -1966, (Bemowo Piskie, Kartuzy), byłem operatorem naprowadzania rakiet p-lot. W maju 1965 roku byłem na strzelaniu w okolicach Aszułuku. Po pierwszym "strzelaniu" na symulatorze nasi dowódcy dowiedzieli się, że strzelania nie będzie, gdyż jesteśmy tak dobrze wyszkoleni, że szkoda rakiety dla pewniaka. Dopiero zabiegi wojskowo - dyplomatyczne doprowadziły, że pozwolono nam strzelić. Cel został trafiony pierwszym pociskiem, na wyrzutniach leżały jeszcze dwie rakiety, które zostały zaoszczędzone, aby nie strzelać "panu Bogu w okno". Po powrocie oficerowie dostali awanse. Nawet dowódca jednostki dostał majora, choć nie miał wyższych studiów. On nam za to podziękował. Gdy przyjechaliśmy na poligon, zastaliśmy tam dwie ćwiczące strzelanie na symulatorach grupy wojska radzieckiego. "Próbowali" już przeszło dwa tygodnie, my wyjechaliśmy po ok. dwu tygodniach, a oni jeszcze nie strzelali rakietą, nie mieli oceny pozytywnej z symulacji. Sugerowane "odbicia terenowe" od morza, to dziwne kombinowanie. Ja, trzydzieści pięć lat temu, korzystałem z tłumienia odbić terenowych. Już teraz wiecie, jakie mogło być przygotowanie do strzelania rakietą i dlaczego nie trafiła w cel?

List do kolegi z wojska

Wrocław, 30.10.2002
Wojsko zaczęło się 28.10.64
a skończyło 21.10.66

Lońku, niezapomniany we wspomnieniach Kolego!

Wnuczka Twoja podniosła słuchawkę, gdy zatelefonowałem. Jakie to wspaniałe uczucie mieć wnuczęta. Jednocześnie ile to lat od wspólnych pieśni marszowych i radości z biegania po korytarzu baraku koszarowego w Bemowie Piskim. Trzydzieści osiem lat, szmat czasu. Brodę mam siwą, włos na głowie mocno przerzedzony i też zapleśniały, ale nie zapominam i często wracam wspomnieniami do okresu i Bemowa, i Aszułuku, i Kartuzów. Piosenka wojskowa też często jest w moim repertuarze usypianek Dominika (4,5) i Wiktorii (3,5), moich wnucząt.

Trzymam się jeszcze jako tako, pracuję razem z synem Marcinem (1969) w naszej firmie komputerowej. Synowa Alicja (1976) jest jeszcze przy dzieciach, a Halina (1945) moja żona (1968) dość ciężko znosi reumatoidalne zapalenie stawów - ledwo chodzi, i to z bólem.

Jesteś drugim kolegą z wojska, do którego pisze list. Zaginął mi notatnik z adresami, albo spalił się razem z listami, które pisałem do domu. Chciałem mieć materiał do wspomnień, ale pożar strawił papier. Głowa nie wszystko zapamiętała. Kilka lat temu, bodaj w 1996, napisałem do Bogdana J. Zachował mi się adres jego domu, gospodarki rodziców. Tam napisałem. Na gospodarce został brat Bogdana i przesłał list do adresata. Bogdan odtelefonował do mnie i kilka razy do niego pisałem, a on oddzwaniał, tak wolał.
Przypomniał mi kilka zdarzeń, a szczególnie to, że któregoś dnia wjechałem po mokrej podłodze do naszej sali przez zamknięte drzwi, razem z futryną. Ty byłeś szczupły, a ja zawsze kręciłem się około dobrej dziewięćdziesiątki. Teraz ważę 110 kg, ale jestem sprawny, tak mi się wydaje.
Czy przypominasz sobie naszego kompanijnego kolegę, który był leśnikiem? Wyleciało mi teraz z głowy jego nazwisko: Sz..a?, czy tak? Imponował mi znajomością ptaków, które rozpoznawał nie tylko po wyglądzie, ale i po śpiewie. Był leśnikiem, synem leśnika. Leszek Sz.?, a może coś pokręciłem.
Tak wtedy zapisałem w sekretnym notatniku:
LUTY
01. List od Ewy, Sławka. Głodno i chłodno. Brak forsy. Śnieg. Trznadle wesoło ćwierkają.

A przepisując notatnik do komputera, tak skomentowałem tamten zapis:
Skąd wiedziałem, że to trznadle? Pisząc teraz nie bardzo mogę sobie przypomnieć jak wyglądają te ptaszki. Skąd wtedy wiedziałem? Bo to na pewno nie jest licentia poetica. Grupa naszej sali prezentowała szeroki wachlarz zawodów i ukończonych, czy zaczętych szkół. Był wśród nas kolega NN /?/, gdzieś ze środka Polski, leśnik, syn leśnika. Skończył technikum leśne. Zazdrościłem mu tego fachu i mieszkania w lesie. Opowiadał o oswojonych mieszkańcach kniei, a ptaki umiał poznawać po głosie. On na pewno nazwał mi trznadle. Jeśli dobrze pamiętam, był grzeczny i uczynny.
Czy przypominasz go sobie?
Kołaczą mi po głowie jeszcze jakieś nazwiska: Andrzej K......wicz, O..dzki., Stanisław P...ak, S.ta. ... Przypomnij mi, jeżeli możesz i zechcesz. Może masz z kimś kontakt. Przypomnij zdarzenia. Może masz jakieś fotografie z Bemowa, zrób dobre ksero i przyślij, albo przyślij oryginały, a ja odeślę Ci je na pewno. Zrób tylko do nich opis na osobnej kartce.

Uproszczę sobie co nieco pisanie i wkleję teraz cytat z jednego z listów do Bogdana J.:

( ... )
Obrazy czasu zimy przełomu lat 1964/65 zacierają się, ale tkwią gdzieś w mojej podświadomości i jako anegdoty wypływają z pomroku dziejów, wywołane przypadkowymi skojarzeniami. Trudno nawet kwalifikować wspomnienia na dobre, czy złe. Po trzydziestu dwu latach nie wywołują już emocji i innych reakcji niż ewentualny śmiech. Nawet autentyczny głód, który odczuwaliśmy, przynajmniej w początkowym okresie służby, nie jest przecież już przykry. Minął. Zostały tylko zapamiętane doświadczenia różnej zapobiegliwości, aby się mu nie dać. Jakże wtedy smakowała kostka prasowanej z cukrem kawy zbożowej, lub skibka chleba, przemycona ze stołówki. Ileż przebiegłości wykazać musieliśmy, aby z otrzymanej paczki przechować jakieś jedzenie do następnych dni. Polowali na nie przecież ci, którym wydawało się, że mają nieograniczoną nad nami władzę.
Siedzę teraz przed komputerem, patrzę w ekran, czytam co napisałem i zastanawiam się według jakiej reguły dzielić, czy też łączyć wspomnienia. Niekoniecznie z wojska. Z życia. Zbliżam się przecież już do wieku wspomnień, refleksji nad tym co minęło, bilansu dokonań tego co zostanie dla innych. Szczęśliwi są ci, którzy mogą obejrzeć, dotknąć tego co wykonali własnymi rękami, sami, w całości. Działania moje jak i wielu innych, tym się pocieszam, tworzą społeczną mozaikę czynów i zaniechań, która oglądana z naszej ludzkiej perspektywy tworzy jednolity obraz. Gdyby nawet zabrakło kilku elementów puzzli, byłoby to niezauważalne, lub brak retuszowaliby inni, idący przez dzieje obok nas. Nieznajomi.
Chciałbym, aby kilka kolorowych kamyczków było moich. Przynajmniej we wspomnieniach.
W rozmowie telefonicznej wspomniałeś o wywalonych przeze mnie drzwiach do naszej sali. Pamiętam, że tak było. Nie mogę natomiast przypomnieć sobie okoliczności związanych z tym bądź co bądź niecodziennym zdarzeniem.
Sądzę, że była to sobota, dzień gospodarczy. Koledzy myli korytarzową kafelkową podłogę. Korytarz był długi, na pół baraku. Mycie podłogi zaczynało się od końca korytarza, który zakończony był oknem. W przeciwległym końcu były drzwi naszego pokoju, tuż przy schodach. Jeśli dobrze pamiętam, korytarzową podłogę wycierało się po myciu trocinami. Ja chyba nie myłem nigdy tej podłogi. Jeśli była możliwość wyboru, zgłaszałem się do mycia ustępów, z S. Salon ten był z prawej strony okna zamykającego korytarz.
Biegłem po coś w stronę naszej sali. Chyba wykonywałem czyjeś polecenie z podkreśleniem biegiem! Kto to dzisiaj wie. W każdym razie rozpędziłem swoje sto kilogramów na suchej już części korytarza, wpadłem na mokrą i nie mogłem wykonać żadnego manewru sunąc po mokrej posadzce na gumowych podeszwach żołnierskich buciorów. Tak wjechałem do naszej sali, wraz z zamkniętymi drzwiami, budząc popłoch, zdumienie i zachwyt kolegów. Kto naprawiał tę ruinę, jakie było zakończenie sprawy, nie pamiętam.
Ktoś czytający, a nie znający specyfiki żołnierskiego ustępu, może się zastanawiać, dlaczego właśnie w kiblu lubiłem robić porządki. Tam po prostu było najczyściej. Tylu wpadkowiczów przewijało się przez ten lokal porządkując go karnie, że w planowych porządkach nie było wiele do robienia. Szlauch, dużo wody, jakaś szczota na kiju, i po robocie. Wolny czas można było tam poświęcić na gadanie o tym i owym.
Okno przy ustępie zapamiętałem też z innego powodu. Wszyscy z naszego rocznika rozjechali się już do jednostek bojowych. Ja i chyba jeszcze ktoś z naszej kompanii, nie pamiętam, byliśmy trochę wcześniej przypisani do jednostki, która była na doszkoleniu w Bemowie, przed wyjazdem na poligon do Kazachstanu . Zostałem zatem w Bemowie aż do początku maja i któregoś wiosennego dnia poszedłem do naszego baraku załatwić jakąś sprawę. Może u szefa kompanii. Niech tak będzie, nieważne. Po korytarzu roznosiła się jakaś nieprzyjemna woń i słychać było rytmiczne klikanie. Dochodziło od strony okna. Podszedłem i oczom moim ukazał się widok, który ucieszyłby niejednego z byłych elewów. Pod oknem, na trawniku, leżała odsunięta płyta przykrywająca właz do kompanijnego szamba, z którego co chwilę wyłazili z pełnymi wiadrami nasi wcześniejsi, w ich mniemaniu, pogromcy. Klikanie, to były nieudane próby uruchomienia pompy - żabki. Czyszczenie musieli zrobić ręcznie. Chyba pracowali w maskach p-gaz.
Jednego z tych kaprali widziałem później w Gdyni, czy w Gdańsku. Chciałem z nim porozmawiać, ale uciekł na mój widok. Nie pamiętam jego nazwiska. Chyba zaczynało się na G, G...ski czy jak. Nie wiem czego się bał. Nie wygrażałem mu przecież, ani nie wykazywałem złych zamiarów względem niego. Żeby on wiedział, że ja bałem się i unikałem zawsze bijatyki. Aby nie zrobić komu krzywdy. Wydaje mi się, że byłem dość silny.
Wspomniałem wcześniej kolegę o nazwisku S..a. Imienia nie pamiętam. Był chyba z Rzeszowa. Z jego osobą wiąże się wspomnienie kilku sobotnich dni. Trzech lub czterech.
W soboty nauki i ćwiczeń nie było, natomiast przed południem wynajmowani byliśmy do różnych robót według potrzeb intendentury. Podział do robót odbywał się po śniadaniu, przed blokiem. Przychodzili, jak ich nazywano kupcy i wybierali potrzebną im ilość rąk do pracy. Padło kiedyś na mnie i na S. jechać z innymi do rozbiórki jakichś ruin. Byliśmy już na ciężarówce, która zmierzała do bramy wyjazdowej, kiedy postanowiłem z nim zrezygnować z tej fuchy. Wyskoczyliśmy z jadącego auta i zostaliśmy zdani na własną przemyślność w koszarach.
Niebezpiecznie było szwendać się. Wzbudziłoby to zainteresowanie każdego z dystynkcjami. Od starszego szeregowca do generała, gdyby się pojawił i dostrzegł takie nic jak elew szeregowiec. Bystro więc rozejrzeliśmy się wokół i nasze zainteresowanie wzbudził leżący pod płotem, czy murem, długi drąg. Dziś wiem, że nazywa się to dłużyca. Długi na kilka metrów młody świerk, może sosna, bez gałęzi. Wzięliśmy go na ramiona i poszliśmy na spacer po koszarach. Na ewentualne zapytanie co robimy, mieliśmy gotową odpowiedź, że kazał nam to przenieść jakiś oficer, lub podoficer, kapral. Według naszej fantazji. Przestraszony elew wykonuje polecenia i nie pyta kim jest rozkazodawca. Tak chodziliśmy trzy lub cztery soboty. Zrezygnowaliśmy, aby nie kusić losu. Mógł nas ktoś zauważyć i zapamiętać. Najczęściej odpoczywaliśmy w okolicach kantyny korzystając z jej zasobności.
Nie wiem dokąd S. rzucił później żołnierski los. Chciałbym przypomnieć jakieś zdarzenie nas łączące, ale nic mi nie daje się odgrzebać, poza tym o czym pisałem w liście pierwszym, sondażowym. Pamiętam Ciebie siedzącego na środku sali na jednym stołku, a na drugim, obok Ciebie rozpakowana Twoja paczka z domu, której nawet nie poświęciłeś chwili uwagi. Absolutnie obojętny wobec pożerania jej zawartości przez kolegów. Nie musiałeś tego robić, chciałeś. Byli tacy, którzy w nocy mlaskali wchłaniając domowe wiktuały. Nie pamiętam kto, ale tak było.
Spałeś po przeciwległej, względem mojej, stronie sali. Piętra nie pamiętam. Ja spałem na górnym łóżku. Dziwna była nasza sala, nasza kompania. Mieliśmy specyficzny stosunek do warunków w jakich przyszło nam żyć. Filozoficznie wesoły. Sam nie wiem co to znaczy, mimo że teraz to określenie wymyśliłem, ale właśnie taki był nasz stosunek do tamtejszej rzeczywistości. Nie przypominam sobie szczególnych złośliwości, które mogłyby zdarzyć się w gromadzie młodych ludzi zebranych przypadkiem z różnych stron kraju. Była między lokatorami naszego pokoju jakaś więź, o której istnieniu świadczą niektóre zapamiętane przeze mnie zdarzenia.
Jakże inaczej niż naszą fantazją można nazwać jeden z powrotów do kompanijnego baraku, zimową, wieczorową porą, gdy zamiast iść prosto do w miarę ciepłych sal, maszerowaliśmy przez nikogo nie zachęcani, czy przymuszani, wokół zaśnieżonego trawnika, wyśpiewywując nieskończoną ilość marszowych piosenek.
Wieczorne mycie. To był cały rytuał. Rozebrani, prawie do naga, tylko w płóciennych kalesonach, których rozporki nie miały zapięć, ale za to troczki u nogawek, wybiegaliśmy z sali wezwani wrzaskiem kaprala, ustawiając się karnie w dwuszereg. W rękach ręczniki i przybory toaletowe. Odmaszerowanie do umywalni poprzedzone było zawsze głupią gonitwą po schodach, na górę i z powrotem, ze zbiórką pod oknem w końcu korytarza. Nieraz bywaliśmy też na dworze.
Oczywiście, nikomu to nie zaszkodziło. Fizycznie. Nie było jednak przyjemne obyczajowo, psychicznie. Ja byłem odporny na tego rodzaju sprawy, ale byli tacy, którzy przeżywali je dość mocno. Jednego wieczora, kapralowi przygotowującego nas do mycia musiało się gdzieś spieszyć i zaraz po zbiórce skierował nas do umywalni. Zanim ruszyliśmy, pierwszy odezwał się Longin W., upominając się o cowieczorną porcję biegania, po nim odezwali się inni, a kapral zbaraniał. Chyba wtedy trochę biegaliśmy i bodaj był to ostatni raz.
Byliśmy dziwni? Mieliśmy fantazję? Niech kto zaprzeczy, dam więcej przykładów. Były może i konflikty, ale tych naprawdę nie pamiętam. Bo czy i warto?
Co innego wypadki mrożące krew w żyłach. Czy przypominasz sobie naszą pierwszą wartę? Może Ciebie ominęła. Było to niebawem po przysiędze. Zatem zbyt mocno nie byliśmy obznajomieni z bronią. Jeśli w naszej sali wszyscy mieli kbk, to zdarzenie mieć musiało miejsce u sąsiadów uzbrojonych w pm - y. Któryś z żołnierzy nieostrożnie poczynał sobie z bronią, która wypaliła, a ten zacisnął w skurczu przerażenia palce na spuście i sypał po suficie i ścianach żołnierskiej izby śmiercionośnymi pociskami. Na wartę nie poszedł, ale więcej szczęścia mieli ci, którym udało się ujść z życiem. Dziury w suficie kaprale zalepili pastą do zębów, a w ścianach nie pamiętam już czym.
Dosyć na teraz wspomnień. Nie dziwię się, że gdy spotkają się koledzy z wojska, to gadają i gadają. Jak, za przeproszeniem, baby.
( ... )
Koniec cytatu z listu do Bogdana.

Tyle Longinusie na teraz.

Wybacz, jeżeli zakłóciłem Twój spokój. Nie wiem w jakim zdrowiu i nastroju Cię zastałem tym listem, ale życzę Ci jak najlepszego. Jeżeli jednak będziesz mógł, odpisz, przypomnij, przyślij zdjęcia. Zbyt daleko mieszkamy od siebie, aby zasiąść i wypić czaju lub piwa, ale dzisiaj będę o Tobie i kolegach opowiadał wnuczętom.

Ściskam Cię serdecznie, życzę zdrowia i dobrych myśli, a Twoim bliskim z pozdrowieniami ślę życzenia pomyślności i wszelakiego dobra.

Trzymaj się, Longinie!

Andrzej

Materiał został zamieszczony za zgodą autora, za co serdecznie dziękujemy.
Aktualizowane: 13 grudnia 2003 r.

Kopiowanie tekstów i zdjęć zamieszczonych na stronach Klubu Rezerwistów Wojska Polskiego w celach komercyjnych, 
w celu publikacji w innych serwisach bądź na innych stronach internetowych 
bez zgody autorów lub władz Klubu jest ZABRONIONE.