O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.

Tadeusz Pochopień

WSO Wrocław
JW 4106 Nysa

 
WSO Wrocław

------------ 2 luty 2000 r. ------------
[...] pierwsze dni były ciężkie - nie ukrywam. A najgorszy chyba był brak możliwości decydowania o sobie - to ciągłe oczekiwanie, kiedy wrzasną na zbiórkę, brak jakiegoś czytelnego rozkładu zajęć ... Czas zorganizowany (acz nieregularnie) od rana do wieczora, przerażające uczucie redukcji potrzeb do tego by coś zjeść i by położyć się spać, niepokój czy aby na pewno idę ze swoim plutonem ... Czas depresji. Stopniowo ludzie przestali być podobni do siebie, zacząłem ich rozpoznawać i poznawać. Było lepiej. Ale ... Brak muzyki. Brak czasu by coś przeczytać, by obejrzeć Wiadomości ... Wykłady??? Jakie wykłady?!!! 90% czasu w polu. Zimno. Śnieg. Na obiad w moro? A od czego bechatki? Co to ma być? Czerwone berety? Zależy im by wszyscy poszli na izbę chorych? Czas buntu. Po tygodniu z hakiem dziwaczne i złowrogie do niedawna sytuacje spowszedniały. Nauczyłem się, choć z trudem, wypracowywać kompromis. Nastał czas rozsądku.

[...] trafiłem do zmechu, czyli chyba najgorzej jak można -nabiegamy się za wszystkie czasy. A mogłem być jeszcze saperem (kretem) albo chemikiem (fenolem). Ale za to mam bardzo zgraną drużynę - żadnych kłótni, bezinteresowna pomoc, uczciwy podział obowiązków. A myślę że to właśnie jest w tych warunkach najważniejsze. I w dodatku dowódca naszego plutonu okazał się bardzo inteligentnym i dowcipnym człowiekiem, czerpiącym przyjemność nie z tego, że zarypie człowieka na śmierć (inne plutony trafiły gorzej), ale że czegoś go nauczy. Brzmi to trochę jak laurka, ale tak się składa że kilka dni temu obejrzałem sobie jak wygląda unitarka w zasadniczej i do tej pory jestem pod wrażeniem ...

[...] jeszcze kilka spostrzeżeń:
* 6 prysznicy to trochę mało na 130 osób;
* przełożeni źle znoszą poklepywanie po plecach;
* dobrze jest mieć w drużynie pisarza kompanii i pomocnika szefa kompanii;
* istnieją alternatywne sposoby pokonania poligonu - można to zrobić czołgając się po krzakach, albo też spacerując sobie spokojnie w trakcie udzielania porucznikowi korepetycji z angielskiego - sprawdziłem oba i preferuję ten drugi;
* na całej kompanii jest tylko jedna para nożyczek - moja;
* jeżeli z okna na parterze do ogrodzenia jest tylko 10 metrów - nie ma problemu by zamówić pizzę na telefon;
* kosz na śmieci jest ale go nie ma - bo od 22:00 do 15:30 ma być pusty;
* słów "organizacja", "logika", "sens" i "wojsko" nie należy używać w jednym zdaniu.

---------- 6 luty 2000 r. -------------
Po przysiędze nadeszła pora zmian. Zarówno subtelnych jak i znaczących. Zmienił się wygląd naszych pagonów, zmieniły zasady poruszania po jednostce. Zostaliśmy obdarzeni zaufaniem - już bez nadzoru czyścimy buty na korytarzu. Już bez nadzoru sprzątamy rejony. Słuchamy radia w pokoju. Maszerujemy bardziej spontanicznie ... Nawet pogoda dostosowała się do panującego trendu. Powiało ciepłem - w związku z czym, zgodnie z wojskową logiką, zaczęliśmy chodzić na posiłki w bechatkach, tym razem pocąc się niemiłosiernie. Nie trwało to jednak długo - niebawem kałuże znów pokryły się lodem. Trzeba było wyskoczyć z bechatek.
Chcieliśmy wykładów ... Doczekaliśmy się. Dostaliśmy specjalne teczki do noszenia zeszytów i drugiego śniadania. Niewątpliwie wyglądamy z nimi dość zabawnie - jedni twierdzą, że jak oddział profesorów; inni, że jak oddział gejów ... Rzecz gustu. No i zaczęło się. Trzy dni bez wyjścia w pole. Trzy dni słuchania i notowania. Piekielna nuda. Wszechogarniająca senność. Chwilami niesmak, gdy prowadzący zajęcia kapitan cieszy się jak dziecko wychwalając zalety miny wyskakującej przed eksplozją na metr w górę... Już sam nie wiem co gorsze - zmęczenie fizyczne czy znużenie psychiczne... Jedno jest pewne - podchorąży to stworzenie, któremu dogodzić nie sposób.

---------12 luty 2000 r --------
Minęło sześć tygodni. Półmetek. A jednak można przywyknąć do tej instytucji. Bo też faktem jest że na brak atrakcji nie możemy narzekać. Tydzień rozpoczyna się hucznie - wysadzamy nasze pierwsze (i wygląda na to, że ostatnie) ładunki wybuchowe. 75g trotylu wygląda może niepozornie, ale jednak budzi pewien respekt. Realizujemy procedurę - cięcie lontu, mocowanie spłonki, uzbrojenie ładunku, zapałka ... Odwrót i chwila ciszy. Już. Moje dzieło poszło z dymem. Została tylko mała, irracjonalna satysfakcja - to JA wysadziłem tą kosteczkę, a nie ona mnie!
Czwartek. Określenie "wojska zmechanizowane" nabiera wreszcie sensu - na poligon wybieramy się BWP-ami. Nie ma to jak w desancie. Niesamowite poczucie bliskości z drugim człowiekiem. Bo w końcu jakoś trzeba się zmieścić w tej konserwie. Strategia przetrwania podczas jazdy - zaprzeć się mocno z każdej strony, zacisnąć zęby i wbić hełm w sufit. Szanse zrobienia sobie kuku znacznie wtedy maleją - o ile oczywiście zabezpieczy się broń przed przesuwaniem. Niektórzy twierdzą, iż BWP to najlepszy sposób na problemy żołądkowe. I faktycznie - buja jak w łódce. W dodatku napęd gąsienicowy ma to do siebie, że każdy skręt powoduje odczucie pokonywania go "na ręcznym". A do tego otuchy dodaje nam fakt, iż siedzimy opierając się o zbiornik paliwa, a dodatkowe dwa są jeszcze w drzwiach wyjściowych ... Pełen komfort.
Oczywiście resztę czasu wypełniają wykłady, ale o czym tu pisać ...

-------- 19 luty 2000 r. --------
Walentynki przywitały nas wydłużeniem trasy zaprawy. Zamiast poprzednich 800m slalomu między budynkami, mamy przebiec teraz jakieś 3 km po pasie taktycznym. O 6:05 to zakrawa na sadyzm. Tak więc konsekwentnie codziennie zasilam oddziały MIA poszukujące powrotnej drogi na skróty przez poligon. Po takiej zaprawie odechciewa się dokładnie wszystkiego - w końcu nie każdy kończył AWF. Po trzech dniach nasi kochani przełożeni orientują się, że jeżeli pluton wraca z zaprawy o 6:35, a o 6:40 ma śniadanie, to coś tu nie gra ... Od czwartku koniec z poligonem. Powrót do slalomu? Skądże! Teraz biegniemy dookoła placu apelowego - jakieś 400 m. Czyli z jednej skrajności w drugą. I fajnie.

W tym tygodniu czeka na nas znowu parę polowych ciekawostek. Strzelanie z AK i pistoletu do podnoszących się celów. Obrona przeciwlotnicza - 10 osób oddających jednocześnie serię w powietrze powoduje spory huk... Zakładanie min przeciwczołgowych i przeciwpiechotnych - te ostatnie są przecież chyba zakazane; kto układał ten program??? I wreszcie - nasza ulubiona - taktyka z BWP-ami! Z BWP-ami? Owszem, przyjechały i powarkują sobie radośnie, ale okazuje się że jeżeli wyruszymy nimi w teren, to z powrotem będziemy musieli je sobie chyba przynieść na plecach. Po pierwsze - paliwa nie starczy na 6 godzin. Po drugie - nie można ich wyłączyć, bo akumulatory są za słabe na ponowny rozruch ... No comments. Tak więc robimy tego dnia kilkanaście kilometrów na piechotę. A w drodze powrotnej łapie nas ulewa. Lepiej być nie może.

-------- 26 luty 2000 r. --------
Każdy kolejny tydzień ma już coraz mniej nowego do zaoferowania. Wykłady, posiłki, czasem jakieś wyjście w teren - ta powtarzalność sprawia iż czas zdaje się płynąć szybciej. W końcu to już dwa miesiące. Jednakże w końcu tygodnia czeka nas coś szczególnego. Warta. Perspektywa nocnego zwiedzania zakamarków jednostki z pełnym magazynkiem na plecach nie jest zbyt zachęcająca, ale cóż z tego - szczególnego wyboru i tak nie mamy. Do tego trzeba jeszcze wykuć na pamięć kawałek regulaminu. Mój zachwyt sięga szczytu, gdy okazuje się, że przypadł mi w udziale największy posterunek - jego obejście, połączone ze sprawdzeniem ponad stu plomb zajmuje dobre 45 minut. Poezja.
Na miejscu uderza mnie cisza. Rzecz w jednostce prawie nie spotykana. Sprzyjająca rozmyślaniom, przerywanym co jakiś czas przez jakieś podejrzane szmery. Niesamowite ile w jednostce jest kotów! Szósty z kolei przestaje już straszyć... Po jakimś czasie, paradoksalnie, zaczyna mi się to podobać. Poczucie swobody, spokój ... Dwie godziny mijają zadziwiająco szybko. Jeszcze tylko trzy wyjścia...

Dzień upłynął podobnie. Dobrze trafiliśmy, iż warta wypadła akurat z piątku na sobotę, gdyż jak wiadomo, wraz z nadejściem weekendu wśród kadry i personelu słabnie żądza pętania się tu i ówdzie i otwierania magazynów tego i owego. A nic nie działa lepiej na system nerwowy wartownika jak totalny brak osób w polu widzenia.

-------- 04 marzec 2000 r. --------
Nowy tydzień - nowe wyzwania. Na przełomie niedzieli i poniedziałku bierzemy udział w zabawie o kryptonimie "pododdział alarmowy". W wydaniu niedzielnym polega ona na tym, że leżymy sobie na wozach, wyposażeni w techniczne środki łączności (motorola sztuk jeden), tęsknie wyczekując sygnału, który poderwałby nas do działania. Działania, w którym mielibyśmy okazję wykazać się zdolnością obsługi licznie zgromadzonych na korytarzu łopat i (mniej licznie) siekierek. Jednakże aż do wieczora nic się nie dzieje i w końcu zrezygnowani kładziemy się spać. Ku naszemu wielkiemu rozgoryczeniu, również i noc mija spokojnie. W poniedziałek siedzimy na zajęciach w coraz większym napięciu. I w końcu przybiega po nas zdyszany dyżurny. Jednak pieszy kurier to w wojsku najpewniejszy sposób przekazywania informacji - okazuje się, że próby skontaktowania się z nami przez nasz techniczny środek łączności niestety zakończyły się niepowodzeniem, a jako że właśnie zauważono pożar na poligonie, nasza obecność w tymże miejscu byłaby wysoce pożądana. Więc biegniemy. Bierzemy sprzęt. Znowu biegniemy. Gasimy. Wracamy - już spokojnie. Po pewnym czasie dostajemy jeszcze ciekawsze wezwanie. Mamy wyrwać z korzeniami drzewo - i to jak najbardziej serio. Na szczęście drzewo jest mocno spróchniałe i mocno się chwieje. I to już koniec atrakcji - niebawem nasze łopaty mają już kolejnych szczęśliwych posiadaczy.
W czwartek ruszamy BWP-ami w poligon. Mocno wyboisty poligon. Trochę jazdy, desant, trochę biegania, znowu trochę jazdy... Ta mniej więcej godzina spędzona we wnętrzu po raz kolejny uświadamia mi, że człowiek uczy się przez całe życie - do tej pory byłem bowiem święcie przekonany, iż osobnik ubrany w hełm nie jest w stanie nabić sobie guza. Błąd. Tak to czasem w życiu bywa - BWP-y odjechały, ból głowy pozostał...

-------- 11 marzec 2000 r. --------
Tydzień rozpoczyna się w szybkim tempie - na WF, w ramach zajęć z "doskonalenia techniki gry w piłkę ręczną" wykonujemy bieg z bronią na 3000m. A w zasadzie marszobieg, w moim przypadku ze szczególnym uwzględnieniem marszu. W efekcie, niczym wzorowy przodownik pracy, wyrabiam 150% normy czasowej na ocenę dostateczną, ale przynajmniej jestem w stanie wrócić o własnych siłach na pododdział. Jedyną korzyścią z tej imprezy jest fakt, iż znowu dowiedziałem się czegoś ciekawego - otóż broń można przy pewnej dozie cierpliwości założyć na siebie niczym plecak. Niewiarygodne, acz prawdziwe.

Wtorkowy wieczór. Oglądamy kolejny odcinek "Kawalerii powietrznej". Oglądamy błoto i wmieszanych w nie żołnierzy. A mnie przed oczami staje obrazek z naszego ostatniego BWP Trophy - mamy wsiąść do naszego pojazdu; szkopuł w tym, że zatrzymał się w błocie. Wyjście jest tylko jedno - delikatnie, acz stanowczo przeganiamy kierowcę w bardziej suche miejsce. Bo w końcu czyszczenie butów to czynność bardzo żmudna i jałowa, zabierająca cenny czas, który przeznaczyć można przecież chociażby na naukę własną ... Nie da się ukryć, że mamy jednak trochę szczęścia.

Tydzień ma się już ku końcowi, a tu znowu komuś z naszych decydentów włączył się komplikator. Konsekwencje takiej sytuacji bywają śmieszne, bywają tragiczne. W naszym przypadku wygląda to tak, że maszerujemy w deszczu na poligon (ciekawa zależność - im gorsza pogoda, tym większe kłopoty z transportem), a po dotarciu na miejsce, w jeszcze większym deszczu wysłuchujemy półgodzinnego wykładu na temat metodyki prowadzenia zajęć w polu. Z pewnością na sali wykładowej gorzej przyswoilibyśmy sobie przekazywane treści. Wracamy, oczywiście, w deszczu. Niektórzy są już tak zdesperowani, że co większe kałuże pokonują krokiem defiladowym. Nasz powrót wzbudza ogólną wesołość zaprzyjaźnionego plutonu. Zostajemy ochrzczeni mianem "piechoty podwodnej" vel "Komando Foki". Jak dobrze pójdzie, nasze bechatki wyschną za jakiś tydzień. 

-------- 18 marzec 2000 r. --------
Unitarka bis. Można tak w skrócie określić to, co stało się w tym tygodniu. Wieść o zapowiedzianej kontroli porządków, wywołała swoistą panikę wśród kadry. W związku z tym, nasze prywatne rzeczy, dla których logicznym miejscem przechowywania wydają się być nasze szafki, musimy teraz wynosić do szatni cywilnej, lub upychać w różnych schowkach. Obowiązuje ścisły wzór ułożenia w szafkach tego, co jakimś cudem jeszcze wolno w nich trzymać. Z pewnością ułożenie przyborów toaletowych po przeciwnej stronie szafki drastycznie obniża zdolności bojowe naszej armii. Bo też jak zwykle nie chodzi o to, by był porządek, ale o to by wyglądało, że jest porządek. Psychoza narasta. W trakcie zajęć cały drżę z niepewności, czy aby ołówek, który w pośpiechu zostawiłem w szafce, leży pod odpowiednim kątem do znajdujących się nieopodal nożyczek, czy sznurki od brudniczki układają się idealnie równolegle. Słyszałem, że choroba wrzodowa zwalnia do cywila. Nasze porządki podobają się kadrze. Ale... Wychodzi na jaw kolejna bulwersująca sprawa. Piżamy, które wkładamy pod poduszki nie są złożone w kostkę! Skandal! W świetle naszego krótkiego stażu w NATO, tak nonszalanckie obchodzenie się z naszym nocnym przyodziewkiem może mieć straszliwe następstwa. Doprawdy, aż strach się bać. Jako że zapowiadane kontrole rzadko kiedy dochodzą do skutku, odbywa się kontrola... magazynu uzbrojenia. Efekt? Codziennie czyścimy naszą broń, choć strzelaliśmy z niej już tak dawno, że zaczynam powoli wątpić czy to aby faktycznie miało miejsce. Zasada pierwsza: nie chodzi o to, by broń była czysta, ale by ją czyścić. Zasada druga: broń nie jest czysta nigdy. W każdym razie jest co robić popołudniami. A niewiele jest we Wrocławiu miejsc ciekawszych od korytarza naszego pododdziału. 

-------- 25 marzec 2000 r. --------
Nasze szkolenie powoli dobiega końca. Prysły nadzieje na to, że być może nie będzie praktyk. Mamy już przydziały - nazwy niektórych miejscowości brzmią nieco egzotycznie, niektórzy przejadą Polskę w poprzek. Mnie się udało. Pojadę do Nysy, ze wszystkich możliwości najbliżej miejsca zamieszkania.

W międzyczasie zaliczamy kolejny pododdział alarmowy. I znów o podobnej porze gasimy poligon. Zaczynamy już podejrzewać, że ktoś specjalnie podpala nam to trawsko, byśmy przypadkiem nie poczuli się bezużyteczni.

Zaczynamy już odliczać dni do wyjazdu z Wrocławia. 

-------- 30 marzec 2000 r. --------
Kończy się nasza "sesja egzaminacyjna". Zdajemy kolejne egzaminy, coraz bardziej świadomi faktu, iż postanowione jest nie tylko to, że do nich przystąpimy, ale i to, że je zaliczymy. W przeddzień rozdania dyplomów do znudzenia ćwiczymy przebieg całej uroczystości - do samego końca wszystko musi być na rozkaz. Wreszcie, po czwartkowej ceremonii, już spakowani, czekamy na odbiór sal i wypłatę pieniędzy. Zabawne, od początku stycznia chcę się stąd wyrwać, a teraz paradoksalnie ogarnia mnie jakieś dziwne uczucie. Chyba, niczym kot, przywiązałem się trochę do tego miejsca... Nasz pokój, w którym spędziliśmy te trzy miesiące, ogołocony z pościeli, z pootwieranymi szafkami, wygląda jakoś przeraźliwie martwo. Lepiej już wyjść.

Nie zmieniłem swojego zdania na temat celowości naszego wcielenia. Nadal uważam to za stratę czasu i pieniędzy. Jednakże ani przez chwilę nie żałuję czasu spędzonego z ludźmi, których tu poznałem. Wymieniliśmy się adresami, telefonami... Choć i tak wiadomo, że niewielka ich część być może zostanie wykorzystana. Normalna sprawa. Zostali na zdjęciach, patrząc na które, o każdym z nich jestem w stanie coś powiedzieć ... Nie z każdym udało mi się pożegnać. Trudno. Rozliczyliśmy się, możemy iść. I tyle. Jeszcze tylko ostatni rytuał. Autobus 116. Tramwaj 15. Dworzec PKP.