O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski
- Piotr Grześkowiak

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.

Skąd się biorą trepy?

01 - Jak to się zaczęło, czyli jak poszedłem na ZAWODOWCA
02 - Nie matura lecz chęć szczera, czyli EGZAMINY WSTĘPNE
03 - Unitarka
04 - Smutne jest życie młodego budynia
05 - Pierwsze koty za płoty
06 - Pierwsze "redukcje na luz"
07 - III Semestr - "Zmośkane życie"
08 - Początek IV semestru, koniec "szuwarskiej" nocy
09 - Wiosenno-letnie manewry i "manewry"
10 - Masa radości, bo to początki starości
11 - W przygotowaniu


III Semestr – „Zmośkane życie”

Pierwsze moje wojskowe „wakacje” zacząłem dość pechowo, ponieważ już na drugi dzień po przyjeździe do domu dostałem wysokiej gorączki i wysypki na całym ciele. Lekarz zdiagnozował to jako ospę wietrzną :(. Był to chyba skutek kąpieli w szkolnym basenie, o którym pisałem poprzednio. W rezultacie prawie dwa tygodnie spędziłem w domu, nie mogąc nigdzie wychodzić. Katorgą było leżenie w wozie i smarowanie skóry jakimiś maściami i pudrami. Skóra swędziała nieznośnie a ja nie mogłem nawet podrapać się, bo skutkowałoby to zwiększeniem się wysypki. Jeszcze gorsza od swędzenia była totalna nuda. Potem niejednokrotnie łapałem się na tym, że bezczynne siedzenie w domu przez ponad tydzień niszczy moją psychę. Tak wpłynęło na mnie poukładane życie w wojsku, gdzie człowiek miał zajęcie od rana do wieczora. Po dwutygodniowym „więzieniu” z radością spakowałem plecak i ruszyłem w Polskę. Zwiedziłem Pojezierze Mazurskie i Pojezierze Pomorskie. Od tamtej pory twierdzę, że Mazury są idealne dla ludzi chcących się wyszumieć. Żaglówki, kajaki, dyskoteki, żądne przygód panienki … . Jeżeli natomiast chcecie odpocząć od zgiełku i cenicie sobie ciszę to namawiam na wakacje na Pomorzu. Również żaglówki i kajaki, ale zero ryczących dyskotek a przede wszystkim nie przyjeżdża tam bydło. Na Pomorzu, podczas spływu kajakowego poznałem dziewczynę. Mówcie, co chcecie, związki leczą psychę (chociaż czasami mogą ją zniszczyć i to boleśnie). Dla mnie najważniejszym był fakt, że znowu jest obok mnie ktoś, dla kogo sensem jest mój pobyt w Zegrzu, że mam do kogo pisać i w razie potrzeby pogadać.

Podniesiony na duchu wróciłem do WSOWŁ, tam od razu wpadłem w wir przygotowań do promocji. Nie było już może takiego szaleństwa na rejonach, za to zaczęło się szaleństwo z próbami do promocji. Czyli musztra, musztra i jeszcze raz musztra. O ile ciągłe tupanie można znieść to upały były nie do wytrzymania. Również warty i pododdział mieliśmy prawie co 24 godziny, bo żołnierze z pododdziałów zabezpieczenia już nie wyrabiali (na urlopy jechały jednocześnie 3 roczniki, więc ciężar trzymania służb spadał na ZSW a i oni mieli swoje urlopy do wykorzystania). Całe szczęście, że kadra kompanii również miała dość tego codziennego młynu i nie wnikała za bardzo w to, co robimy popołudniami. Była to połowa sierpnia, kanikuła w pełni i Zalew Zegrzyński tętnił życiem. Jako że poczuliśmy się już drugim rocznikiem, zaczęliśmy śmielej zapuszczać się na Zegrze oraz przyległe do niego ośrodki. Było o czym gadać, dzieliliśmy się wrażeniami z urlopu. Szaleństw za dużych nie było, ponieważ każdy był zmęczony całodzienną musztrą, więc nasze wypady ograniczały się do długiego piwkowania na plaży i śpiewów (królowały oczywiście „Kalina – Malina” i „Pieśń podchorążego”). Często też paliliśmy ogniska połączone z pieczeniem ziemniaków, których cała masa odmian, kolorów i smaków rosła za płotem strzelnicy. Były tam pola doświadczalne Instytutu Hodowli Ziemniaka w Jadwisinie, więc często wieczorem łaziliśmy po zagonach i wybieraliśmy sobie różne odmiany do skosztowania. Czasu była masa, pluton w większości zdał sesję a tylko nieliczni pechowcy musieli przygotować się na sesję poprawkową, która zaczynała się we wrześniu. Pod koniec sierpnia była próba generalna do promocji, która trwała cały dzień w myśl zasady: „Samej uroczystości nie powtórzy się, ale próbę generalną owszem”. Acha, chyba w drugim tygodniu po urlopie dostaliśmy awanse na kaprali (oczywiście ci, którzy zaliczyli sesję w pierwszym terminie). Jeden wieczór zszedł nam na obszywaniu pagonów drugą belką oraz zmianę pasków na rękawach z jednego na dwa. Mówcie co chcecie, ja wielkim sentymentem będę darzył stopień kaprala, gdyż dwie belki wyglądają dla mnie nadzwyczaj szykownie i jest to stopień niejako dowódczy (starszy kapral czy plutonowy to diabli wiedzą, co jest, ponadto głupio wygląda – kojarzy mi się z kaloryferem.) Żołd trochę nam wzrósł (stopień + dodatek za rok i dla niektórych, dodatek za średnią). Wieczór przed promocją to było jedno szaleństwo – strzyżenie głów, prasowanie mundurów na kant, ostatnie poprawki krawieckie. „Krzesik” nie popuścił nikomu. Sama promocja to impreza naprawdę podniosła. Chłopaki szli do podium, tam generał uderzał ich szablą w prawe ramię, gratulował otrzymania stopnia podporucznika. Niektórzy twierdzą, że to nie stopień oficerski tylko kandydata na oficera a oficerem staje się z chwilą otrzymania trzeciej gwiazdki, czyli stopnia porucznika. Po tych kilkunastu latach też przychylam się do tego twierdzenia ;). Mniejsza z tym… Chłopaki wracali do szyku i zdejmowali pochewki zakrywające stopień. Potem był czas na gratulacje, rodziny wpadały na płytę placu i strzelały szampany, kwiaty sypały się, leciały gratulacje a orkiestra w tym czasie grała wiązankę rozrywkowych melodii. Tu muszę wspomnieć, że nasza szkoła miała szczęście do orkiestr na promocje. Jak nie była to Orkiestra Reprezentacyjna WP to przynajmniej Orkiestra Garnizonu Warszawa. Obie grały naprawdę fajnie a ich dyrygenci (czy też tambormajorzy, nie znam się) wyczyniali nie lada popisy, prowadząc orkiestrę. Po gratulacjach kolumna promowanych zwierała szyk, wracała do kolumny szkoły. Po komendzie do defilady promowali krzyczeli potężne: „Hurrrraaaaa !!!” i rzucali do góry odznaki WSO, aż czerniło się nad ich głowami. Naprawdę, zazdrościłem im, że mają już za sobą 4 lata szkoły. Potem defilada i to był koniec imprezy. Po promocji wszyscy, którzy mieli zaliczoną sesję, dostali przepustki 72. Ja oczywiście skwapliwie wykorzystałem to, aby pojechać do dziewczyny, za którą bardzo tęskniłem (od powrotu do Zegrza nie było szans wyjechać). Dowódca plutonu postawił sprawę jasno: To ostatnia taka przepustka dla tych, którzy mają jeszcze jakieś zaległe sprawy (chodziło głownie o kolokwia z elektroniki). Jeżeli sesja zaliczona, do rozpoczęcia kolejnej 48 co tydzień pewne. Potem każdy ma być czysty albo nawet „stałki” nie powącha. Dziwiliśmy się jego podejściu aż do powrotu z przepustek. Wtedy kompanię obiegła hiobowa wieść: Naszą kompanię i kompanię „szuwarów” (patrz – 1 część wspomnień) łączą w jeden pododdział a dowódcą ma być „Mosiek”. O Chryste Panie !!! Uwierzcie, to był naprawdę istny kubeł lodowatej wody na nasze szczęśliwe głowy. W jednej chwili przestaliśmy cieszyć się z awansów i „starości”. Powróciły, niczym najgorsze koszmary, obrazy apeli „szuwarów” i ich codzienności z I roku. Co prawda, pisaliśmy nawet do komendanta szkoły prośbę w imieniu podchorążych 1 kompanii, aby pozostawił przy dowodzeniu naszego dowódcę, jednak było to walenie „barana” w mur. I na początku września dowiedzieliśmy się, że następnego dnia po raz ostatni staniemy na zbiórce jako 1 kompania podchorążych. Chyba nie było wtedy nikogo, który nie poszedłby porządnie popić. Cuda się działy tej nocy na kompanii, łącznie z sikaniem na ściany lub waleniem stolców do łóżek kolegów (!!!). Schiz totalny… . Następnego dnia powlekliśmy się na apel, na którym mieliśmy być rozdzieleni na nowo. Ale, o dziwo, rozwiązano tylko jeden pluton od nas, reszta pozostała prawie nietknięta. Chłopaki z tego plutonu trafili w większości pomiędzy nasze stare plutony, kilkunastu pechowców trafiło niestety do najgorszego szuwarskiego plutonu, gdzie prym wiodły takie asy jak „Ślepy” czy „Menda”. Następnie wystąpił „Mosiek” i przedstawił nam swoje credo: „Jestem kapitan M. Wam, opierdalaczom z dołu skończyły się, kurwa, dobre czasy, bo zaczynają się moje rządy. Mata się, kurwa, uczyć, uczyć i robić to, co ja chcę. Zrozumiano?!!!”. Ryknęliśmy: „Tak jest!!!”. „Mosiek” pomilczał chwilę i dodał: „A jak się, kurwa, komuś moje nazwisko nie podoba, to może, kurwa, kwit do cywila pisać. Rozejść się!!!” (Tekst przemówienia jest autentyczny, zapisałem go w pamiętniku). Psycha nam klękła. Ale cóż było robić? Przyroda już niejednokrotnie pokazała, jak potrafi kiwnąć. Niejaką pociechą było to, że za kilka dni mieliśmy przenieść się do akademika, na miejsce promowanego IV rocznika. To było coś – pokoje maksymalnie czteroosobowe, drzwi zamykane na klucz, no i węzeł sanitarny na maksymalnie 14 osób. Po powrocie na kompanię „Krzesik” podzielił nas na pokoje. Nie trafiłem źle, do dwuosobowego pokoju. Jedynym mankamentem było tylko jego umiejscowienie – blisko stolika podoficera dyżurnego i kancelarii dowódcy rocznika (bo nie byliśmy już kompanią tylko rocznikiem). Czyli trzeba było słuchać ryków służby dyżurnej i „Mośka” (a ten czasami wydzierał się częściej i głośniej niż służba).

Po kilku dniach od tej koszmarnej zbiórki nastąpiła przeprowadzka. Przyjrzałem się wtedy dokładnie nowemu miejscu zakwaterowania i moje morale nieco podniosło się. Pokoje czyste, schludne. Starą kompanią zajęliśmy 1 piętro akademika, pod nami spał III rocznik, nad nami IV. Szuwarskie plutony zajęły ostatnie piętro, więc zbytnio nie wchodziliśmy sobie w drogę. Do wyjścia na osiedle blisko, do klubu blisko, na pocztę blisko. Do oficera dyżurnego daleko. Pod tym względem spoko, dosłownie „miodzio”. Gorszym było natomiast użeranie się z „szuwarami”, które zaczęło się przy okazji wspólnych służba i wart. Nawet, jeżeli skład warty był mieszany, to trzepał nas kolejny skład, oczywiście z powodu strepienia „szuwarów”. A to syf na wartowni, a to jakiś problem z posterunkiem. Najgorzej było mieć dyżurnego rocznika, jeżeli podoficera trzymał „szuwar”. Szmatę można było wtedy zjeść tylko dlatego, że było się „twarzowcem”. W przypadku oporu (nawet uzasadnionego) „szuwar” leciał ze skargą do „Mośka” a ten walił przynajmniej 3 replay’e służby na miesiąc (to było minimum, często zaliczało się ZOMZ). Współczuliśmy kumplom, którzy trafili do ich plutonów. Wszystkie służby, zwłaszcza te najgorsze, obskakiwali nasi. Nie muszę chyba dodawać, że najczęściej były to służby sobotnio – niedzielne. Trwało to jakoś do początku następnego miesiąca, czyli do żołdu. Po przyjęciu odpowiedniej dawki „procentów” niektórzy manualnie (czyli rękoczynami) wyjaśnili zasady współżycia na jednym pododdziale i jakoś uspokoiły się te wzajemne uprzedzenia (co nie znaczy, że zniknęły). Co do „Mośka”, to muszę powiedzieć, że jakkolwiek cham i trepicho pierwszej klasy, miał jednak dobrą cechę. U niego wszystko albo białe albo czarne, żadnych tam pośrednich rozwiązań. Zatem, jak było się w porządku, to zasadniczo nie robił problemów. Niejednokrotnie widzieliśmy, jak jego pisarz spieprzał z kancelarii a za nim leciała książka rozkazów albo inne kwity. Fakt, u „Mośka” pisarze za dużo nie mogli namieszać. Było ch…….wo ale jednakowo. „Szuwary” w większości zasymilowali się z nami, bo nauczyli się spokojnego podejścia do sprawy, którego przez I rok nie mieli szansy się nauczyć. Po tym burzliwym wrześniu nastał październik. Znowu pożegnaliśmy kilku kumpli (polegli w „kampanii wrześniowej” ;) ). Zaczął się kolejny semestr studiów a więc nowe przedmioty, nowi wykładowcy. No i oczywiście elektronika, zmora tego semestru. Na dobitkę załapaliśmy wyjazd do Różana (są tam składy odpadów radioaktywnych reaktora jądrowego w Świerku) jako pododdział honorowy na jakąś historyczną imprezę. I tupanie w ramach tego ciągnęliśmy przez następne 1,5 roku to jest do czasu naszego wyjazdu na praktyki na IV roku. Miłe to nie było, przed każdą imprezą do upadłego ćwiczyło się w podkutych butach różne manewry (obstawialiśmy także kondukty pogrzebowe). Mniej więcej do końca listopada grzaliśmy też większość służb na szkole, dopiero młodzi z I rocznika przejęli od nas warty i blok (o rejonach wspomnę tylko tyle, że jak je młodzi przejęli, to z radości piliśmy chyba trzy dni). Więc zajęć było dużo i nawet, jeżeli ktoś był do przodu z nauką, „Krzesik” bezradnie rozkładał ręce, bo na przepustkę naprawdę nie można było wyjechać. Po prostu brakowało ludzi na „obskoczenie” tego wszystkiego. Natomiast przy nowym dowódcy poczuł się jak ryba w wodzie. O raju, ten III semestr to naprawdę wspominam w czarnych kolorach. Bywały weekendy, kiedy cały pluton siedział na miejscu, nawet bez prawa stałki. Pociechą było to, że pluton zgrał się w porządną ekipę. Wymienieni zostali dowódcy drużyn, pomocnik na razie niestety został. Więc niejedną imprezę skręciło się po zajęciach lub też podczas przymusowego siedzenia w weekendy. Sąsiedzi w pokojach też byli czadowi, nawet „szuwarów” udało się rozkręcić. Wracając do nauki, III semestr to już nie były jakieś tam matematyki, fizyki czy też przedmioty humanistyczne. Zaczęliśmy poznawać sprzęt łączności, na początku radiostacje małej mocy, przenośne i pokładowe. Pamiętajcie, że był to początek lat 90, w armii chyba jedynym cyfrowym sprzętem była wtedy akurat wchodząca „Tuberoza”. Reszta to analog, czyli masa lamp. Poznać to całe badziewie było naprawdę trudno, chociażby przez konieczność nauczenia się całej masy schematów. Znajomość teoretyczna nie wystarczała, trzeba było jeszcze sprzęt nastroić i przygotować do pracy. Pół biedy, jeżeli pojęło się „gałkologię”. Sprzęt był stary, niejedno pokolenie podchorążych wyżyło się na nim i jego sprawność była problematyczna. Bywało tak, że wystroiło się radiostację, ale o nawiązaniu łączności można było pomarzyć, bo coś akurat siadło. Wykładowca kazał wtedy znaleźć przyczynę, jak to się nie powiodło, do dziennika wskakiwał „łabędź” i z przepustki nici. Jedyną pociechą było to, że III rocznik akurat miał młodych a IV wyjechał na praktyki. Więc szkołą praktycznie rządziliśmy my i imprezowe miejsca Zegrza stały przed nami otworem (przynajmniej przez pół roku). Z tych imprez kilka było naprawdę mocnych. Pierwsza była w dniu przysięgi młodych. Mieliśmy obiecany wyjazd na rajd do Kotliny Kłodzkiej. Niestety, pisarz „Mośka” namieszał i wpisał ekipę wyjazdową na pododdział alarmowy (bo kogo miał wpisać, „szuwarów”?). „Mosiek” najpierw opieprzył nas, dopiero po wyjaśnieniach zgrzał pisarza. Jednak cofnąć się tego nie dało, musieliśmy zostać. A tu plecaki pełne ;). Naszym szczęściem w nieszczęściu było, że mieliśmy mieć nocne patrole po Zegrzu i do naszej dyspozycji przydzielono samochód. Oficer dyżurny wydał nam radiotelefony, trasy patrolowania i kazał meldować o zmianach przez radiotelefon. Więc siedzieliśmy w akademiku całym składem, piliśmy „ekwipunek” z plecaków. O zmianie patrolu i sytuacji meldowało się przez wystawiony przez okno radiotelefon ;). Osobliwie wyglądało to meldowanie po kilku kolejkach. Gość wstawał, upewniał się u nas wszystkich, że nie jest pijany (oczywiście był, ale co innego mogliśmy mu powiedzieć jak nie to, że jest trzeźwy ;) ). Potem podchodził do okna, brał mikrotelefon i wywoływał oficera dyżurnego. Kiedy ten zgłosił się, to szybko, prawie na wdechu, meldował objęcie patrolu. Nie pamiętam już kto, ale jeden z nas, który „był na patrolu”, zaczął rzucać „hafty” za okno a tu wywołuje oficer dyżurny; „Patrol, patrol, gdzie jesteś??? Odbiór!”. Kumpel „haftując” odpowiada, że za garażami obok PKT. Oficer na to: „A co tak niewyraźnie, ty rzygasz??? Odbiór!!!”. Kumpel przytomnie: „Nie, nie, widocznie już bateria słabnie, odbiór” (radiotelefon K -2 miał to do siebie, że jak bateria była słaba to głos w mikrotelefonie był rzeczywiście bełkotliwy ;) ). Nie wiem do dziś, dlaczego „odyniec” nie kazał przyjść po nowe baterie lub też zwyczajnie nas nie sprawdził. Nad ranem, już mocno wstawieni i rozbestwieni bezkarnością, zadysponowaliśmy samochód na patrol po Zegrzu Południowym (zresztą zgodnie z planem patroli). To, że patrol wydłużył się do delikatesów w Legionowie i bynajmniej nie przywieźliśmy stamtąd oranżady, jest chyba sprawą oczywistą. Najśmieszniejsze w tym było to, że już w drodze powrotnej z Legionowa oficer dyżurny wywołał nas, kazał jak najszybciej wracać na szkołę i sprawdzić, skąd pochodzą odgłosy pieśni wojskowych (a to pozostali w akademiku kumple śpiewem skracali czas oczekiwania na zaopatrzenie). Kolejne szaleństwo odbyło się z okazji pożegnania kumpla, który przenosił się na Wojskową Akademię Techniczną. Wtedy nawet nie miałem w planach tankowania, ale wpadli chłopaki i kazali stawić się szybko u nich w pokoju. No cóż, szybka stałka na osiedle i byłem gotów. Nie wiem, jak teraz studenci robią imprezy w akademikach, w naszych czasach przychodziło się na imprezę z tym, co się kupiło. Zlewało się wszystkie przyniesione trunki do największego gara i mieszało. Taki „poncz” miał różne smaki, jednak przeważnie nadawał się do picia (zazwyczaj w tej mieszance wódki, tanich win i piwa smaku dodawały kremy i nalewki). Pamiętacie wojskowe kubki ze stołówki? Miało to naczynie ok. 0,5 litra objętości, mistrz ceremonii (u nas zwany „starszym pompowym”) napełniał je i podawał w towarzystwo. Piło się prawie duszkiem. Dobre to było o tyle, że każdy napił się po równo a i eliminowało się możliwość oszustwa za strony mniej wprawionych towarzyszy. Rano, jak „Mosiek” wszedł do „balowego” pokoju, to podobno wyskoczył z powrotem jak z procy. „Capiło” jak z pyty Kalego :). Śledztwo wiele nie przyniosło, bo służba dyżurna rocznika też dostała swoją działkę a pokój wysprzątaliśmy po zakończeniu imprezy. Pamiętam tekst „Mośka” na apelu: „Jacyś pierdoleni nafciarze...” ;) ). Oczywiście, każda impreza oprócz kaca miała swoją cenę. Butelki wyrzucone za okno trzeba było sprzątnąć. Tu działał układ z dyżurnym rocznika. Jeżeli gość był w porządku, to za piwko sprzątał zaokienne pozostałości imprezy i pilnował, aby w pokoju wszelkiego rodzaju objawy niestrawności również zniknęły (ale wtedy sprzątał „chory”). Poza tym wykładowcy swoje już w wojsku przeżyli i w lot wychwytywali „zmęczonego nauką”. A na wyrozumiałość mogliśmy liczyć tylko u niektórych wykładowców. No i trzecia, niemiło zakończona impreza. Kiedyś skończyła nam się wódka, więc kilku bywalców zegrzyńskich melin (a było ich kilka) zaofiarowało się skoczyć po „małe co nieco”. Weszli na metę a tam tankuje „Mosiek” z kadrą rocznika. Wsiadł na nich tak, że dopiero po kilku godzinach zorientował się, że kilku ludzi nie przyszłoby po tak wielką ilość alkoholu tylko dla siebie. Kiedy jednak wpadł na pododdział, my już poszliśmy spać, zniecierpliwieni długim oczekiwaniem. Z pechowego składu „sił szybkiego reagowania” przetrwał mośkowe szykany tylko jeden. Reszta napisała kwity do cywila.

Życie więc płynęło, wypełnione nauką, służbami i ubarwione tu i ówdzie imprezką. Nadszedł Dzień Podchorążego, na bal od nas z rocznika poszła potężna ekipa. Jakoś tak się wtedy złożyło, że ludzi z III i IV rocznika było mało, w sumie cała sala to był nasz rocznik (młodych nie liczę). Balowaliśmy do rana, chamstwa nie było, sam Komendant WSOWŁ na rozprowadzeniu szkoły powiedział, że takiego balu dawno nie przeżył. Potem już tylko niecałe trzy tygodnie dzieliły nas od urlopu bożonarodzeniowego. Na urlop ten jechałem na pełnym luzie, ponieważ udało mi się przewalczyć zaległe kolokwia z elektroniki, resztę spraw miałem na bieżąco wyprowadzonych. Święta przeżyłem z rodziną, natomiast na Sylwestra wybrałem się do dziewczyny. Od niej wracałem bezpośrednio do Zegrza, ponieważ przejechać przez pół Polski do domu a potem wrócić do szkoły było niemożliwe. Samo spojrzenie na plan zajęć wystarczyło, aby się załamać. Prawie do sesji czas mieliśmy wypełniony wykładami, popołudniowymi zajęciami na sprzęcie w bloku oraz tydzień zajęć praktycznych ze sprzętem na „Saharce”. Jeżeli ktoś nie pozapinał zaległości przed Świętami, prawie na pewno był ugotowany na sesję. Było naprawdę mało czasu, jeżeli ktoś poległ na zajęciach praktycznych to też musiał to potem zaliczać. Zajęcia ze sprzętem na „Saharce” polegały na tym, że szło się na poligon (od tej pory już bez ataków ze strony niedobrego wroga ;) ) i tam uczyliśmy się rozwijać sprzęt tzn. rozstawiać anteny, okopywać i maskować pojazdy oraz nawiązywać łączność. Dość ostra zima bynajmniej nie ułatwiała nam tego zadania, ryło się w ziemi niczym w dobrej klasy betonie. Cała zabawa zaczynała się od kilku pytań kontrolnych ze strony wykładowcy (mam pytanie, czy pisał ktoś kartkówkę na 20 – stopniowym mrozie?), jeżeli nie odpowiedziało się, zajęcia nie były zaliczane. Duży wpływ na ocenę miało zdanie dowódcy stacji (przeważnie chorążowie). Było wśród nich spora grupa złośliwców, dla samej przyjemności uwalająca podchorążego. Nie uniknąłem tego i ja, spory kawał czasu później odbiłem to sobie na służbie. Tu również zemściła się na niektórych „trepioza” w kontaktach z żołnierzami ZSW. My dopiero uczyliśmy się sprzętu, oni mieli już go w małym paluszku i niejednemu „panu starszemu szeregowemu” czy też „panu kapralowi”, który wcześniej zalazł im za skórę, załatwili palanta. Sama sesja to była jedna wielka rzeźnia. Sprzęt teoretycznie i praktycznie, elektronika (na szczęście tylko zaliczenie a i tak na tym poległo najwięcej ludzi) oraz drugi po elektronice koszmar – nadawanie i odbiór kluczem telegraficzny kluczem (czyli „titawa”) oraz dalekopisem. Ponadto przedmioty ogólnowojskowe szły nadal, do strzelań doszło nam strzelanie nr 2 z kbk AKM (do trzech pojawiających się celów), to samo, tylko w nocy oraz to samo w dzień ale w maskach. Do dzisiaj jestem zdumiony, jak ja to wszystko przeszedłem w terminie. Ze strzelnicy biegiem do pododdziału, broń do magazynu (czyściło się wieczorem), szybkie przebranie w mundur wyjściowy i biegiem na egzamin. Średniej nie miałem zbyt rewelacyjnej, zaledwie 3,75 (czyli dodatek za naukę odpłynął w siną dal), ale przynajmniej ocaliłem szansę na awans (dostałem starszego kaprala). Nazwałem tą sesję rzeźnią również z tego powodu, że wtedy odpadło najwięcej ludzi. Lwia część przez naukę, reszta celowo, bo nie wytrzymali mośkowych rządów. Po tej sesji zostaliśmy w składzie, który ostatecznie został wyklarowany na V semestrze przez kolejną „zaporę” Zegrza – „Gintera”, wykładowcę taktyki wojsk łączności. Powiem Wam, że „Mosiek” też dołożył swoje w czasie tej sesji. Ludzie, to były piekielne trzy tygodnie egzaminów i mośkowego ścigania. Co ciekawe, „szuwary” lepiej dały sobie radę z tym stresem. Oni byli hartowani przez „Mośka” prawie rok. Jednak mieliśmy satysfakcję, że sumarycznie to nasze stare plutony miały wyższą średnią, nawet z owym „stratami bezpowrotnymi”. W tym też czasie uwaliliśmy naszego pomocnika. Zabrał sobie do domu literaturę niejawną. Może nie kręcilibyśmy dymu gdyby nie fakt, że gość zabrał jedyne egzemplarze podręczników przydzielonych na pluton. To nas wkurzyło, bo egzaminy za kilka dni a tu nie ma z czego korzystać. Afera była nieziemska, dziwię się, że gościa nie zwolnili ze szkoły. W każdym razie poleciał ze stanowiska i usunął się w cień. Zrozumiałym chyba będzie dla Was fakt, że zaraz potem musiał odrobić swoje wielomiesięczne unikania służb. Nowy pomocnik był już z naszej „sfory”, ze sprawiedliwym podziałem służb i przepustek nie było problemu, więc w plutonie zrobiła się naprawdę dobra atmosfera.