O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski
- Piotr Grześkowiak

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.

Skąd się biorą trepy?

01 - Jak to się zaczęło, czyli jak poszedłem na ZAWODOWCA
02 - Nie matura lecz chęć szczera, czyli EGZAMINY WSTĘPNE
03 - Unitarka
04 - Smutne jest życie młodego budynia
05 - Pierwsze koty za płoty
06 - Pierwsze "redukcje na luz"
07 - III Semestr - "Zmośkane życie"
08 - Początek IV semestru, koniec "szuwarskiej" nocy
09 - Wiosenno-letnie manewry i "manewry"
10 - Masa radości, bo to początki starości
11 - W przygotowaniu


Smutne jest życie młodego budynia

Już następnego dnia po powrocie do Zegrza zaczęliśmy z "grubej rury" - cały dzień zajęć na strzelnicy. Pierwszy raz oddałem strzał z mojego AKM. Co prawda tylko jednym ślepakiem, ale i tak wrażenie było bliskie orgazmu ;). Wtedy też mieliśmy pierwsze "zaliczenia" z przedmiotów ogólnowojskowych, na przykład budowa i działanie mechanizmów broni, topografia i kilka innych. Jak pamiętam, zaliczyłem wszystko na ocenę dobrą. Różnie poszło innym, bo wielu walczyło jeszcze z kacem. Dodatkowo, nasz dowódca plutonu zaczął pokazywać pazurki i na strzelnicę podróżowało się biegiem a niektórzy drogę tą przebywali w maskach pgaz. Do dziś nie jest mi znana ani przyczyna, ani cel takiego postępowania. Niebezpiecznie było z czymkolwiek odezwać się, bo maska zaraz wędrowała na twarz. Być może nasz dowódca chciał nam przypomnieć, że wolne skończyło się, ale według mnie mógł znaleźć mniej osobliwy sposób. Cóż, trzeba to było przejść a wieczorem odpoczywało się przy przywiezionych z domu zapasach. Swoje jednak już wiedzieliśmy i nie piło się na salach. Pomocnik i jego przydupasy tylko czekali, aby zakapować. Najlepszym sposobem wtedy było pójście na świetlicę z kubkiem herbaty, która momentalnie była wzbogacana alkoholem. Powoli zaczęło do nas trafiać, że jesteśmy w wojsku a czasy unitarki będziemy jeszcze wspominać z łezką rozrzewnienia w oku. Chyba do połowy grudnia mieliśmy wyłącznie zajęcia w katedrze taktyki albo w polu (poligon przyszkolny i strzelnica). Z łącznością nie miało to wiele wspólnego, uczyliśmy się pokonywania terenu różnymi sposobami, walki w mieście, lesie, terenie podmokłym (ulubiony teren naszego dowódcy plutonu), walki z czołgami itp. Pełną parą ruszyły również strzelania. Najważniejszym było strzelanie nr 1 z kbk AKM, ponieważ jego zaliczenie było podstawowym warunkiem do prawa pełnienia służby wartowniczej, obok zdania regulaminów w tym zakresie. Uwierzcie mi, nie było możliwości tego olać i nie zaliczyć. Zajęć było tak dużo, że można było poprawiać do bólu. Nie wspominam tu o kadrze, która miała swoje sposoby dopingowania nas do snajperskich wyczynów (bieg w masce po dwóch tygodniach wydawał się błahostką). Przede wszystkim, siedziało się w szkole dotąd aż strzelanie było zaliczone. Tu muszę powiedzieć, że dowódcy plutonów najpierw przystrzelili broń swoich plutonów i przeprowadzili serię szkoleń dodatkowych z teorii strzału, zasad celowania i strzelania. Nasz dowódca, jak wcześniej pisałem, wszystko miał głęboko w dupie, nasze niepowodzenia cieszyły go bardzo, ponieważ miał pretekst do skreślania nas z przepustek. Ja również znalazłem się na czarnej liście. Co prawda zaliczałem strzelania ale na ocenę 3. Dopiero, kiedy dowódca innego plutonu ustawił mi przyrządy celownicze, zaczęło się dobre strzelanie. Do końca szkoły nie miałem wyniku poniżej 40 pkt. 

I przyszła moja pamiętna pierwsza w życiu warta. Każdy to wspomina jako coś niesamowitego, dla mnie również było to mocnym przeżyciem. Dostałem posterunek nr 6, oddalony od jednostki obiekt, na którym był magazyn amunicji. "Szóstka" miała swoje złe walory z tego względu, że była samotnią i na tę samotnię trzeba było zapieprzać 1,5 km piechotą w jedną stronę. Czyli odpadało gdzieś około 20 minut snu na zmianie odpoczywającej. Za to latem było tam fajnie, bo był spokój, nikt się nie kręcił i można było się wyspać. Ja miałem tam wykopany dołek, w którym przechowywałem puszki połączone sznurkiem. Rozciągało się taką "zaporę" i kilka razy uratowało mnie to od zmoki (zaplątywał się rozprowadzający albo dowódca warty a piekielny brzęk budził nawet nieboszczyka). Najgorszym na takiej warcie było poczucie zdania na własnego siebie, bo w przypadku problemów nie zawsze człowiek znajdował się w pobliżu telefonu a wprowadzone później radiotelefony różnie działały. Poza tym w czasie pełnienia służby na posterunku człowiek ma mnóstwo czasu na rozmyślania i nie uwierzycie, jakie to bzdury przychodzą człowiekowi do łba (łącznie z tymi "dołującymi"). Myślę, że ta samotność na posterunku jest jedną z częstych przyczyn prób samobójczych popełnianych przez wartowników. Ale cóż, życie życiem… . Warta przeminęła, cały skład dostał wyróżnienie i kolejne warty stawały się rutyną. Czasami jednak trafiał się tak pomysłowy oficer dyżurny, że jego kontrole mogły zakończyć się tragicznie. Przytoczę tu przykład dowódcy trzeciego plutonu naszej kompanii "Tołdiego". Pewnego razu postanowił sprawdzić, jak odbywa się zmiana warty na "szóstce". Jechał powoli swoim rozkochanym "maluchem" za idącą zmianą w rejon posterunku (światła miał wygaszone) a potem usiłował skrycie wejść na posterunek, co było sprzeczne z regulaminem. Oczywiście chciał zabłysnąć przed liniowcem więc wszystkie swoje poczynania opisał w "Książce meldunków OD WSOWŁ". Z rana, po meldunku, od razu dostał od liniowca działę za prowokowanie wypadku ;) . Oczywiście, chłopakom z warty także oberwało się za brak reakcji na próbę wtargnięcia na posterunek osoby postronnej, byle jaki przemarsz i takie tam inne uwagi. 
Z tą rutyną na wartach wiąże się też inny, o tyle zabawny, co żałosny wyczyn "Frączewskiego". Pewnego razu miał wartę na "czwórce" (posterunek naprzeciwko stołówki żołnierskiej). Dyżurny stołówki, zamykając budynek około 21.00 zobaczył wartownika zasuwającego na czworakach po posterunku. Był to "Frączewski", któremu zginął nabój z magazynka. W czym była rzecz? Podczas przejmowania warty "Frączewski" chciał zabłysnąć swoją fachowością i postanowił przeliczyć naboje w magazynku. Wyjął wszystkie (myślę, że wielu z Was zna sposób szybkiego rozładowania magazynka zaczepem drugiego magazynka), przeliczył i załadował z powrotem. Magazynek włożył do ładownicy, a jakże, ładownicę na stojak. Kiedy poszedł na posterunek, to zaczął się, idiota, nudzić. Odpiął magazynek od broni (!!!) i jeszcze raz przeliczył naboje. Wyszło mu 29 zamiast 30. Dlatego zasuwał na czworakach po posterunku, bo był przekonany, że nabój mu wypadł (w jaki sposób naboje mogą wypadać z podpiętego do broni magazynka, to wie tylko "Frączewski) i usiłował go odnaleźć. Naboju oczywiście nie znalazł, więc zadzwonił do dowódcy warty z powiadomieniem, że mu nabój zginął. Ci, co byli na tej warcie, na pewno pamiętają przekleństwa dowódcy warty. Zawołał rozprowadzającego, kazał mu pójść ze zmianą na posterunek, zmienić "Frączewskiego" w taki sposób, aby go przypadkiem nie drażnić ;). Jak zmiana wróciła, dowódca warty po prostu potrząsnął ładownicą "Frączewskiego" i nabój wypadł. Historyjka ta jest w pewnym sensie śmieszna, opisuję ją, aby pokazać, jacy to czasami zdarzają się psychopaci na posterunkach. Sprawa ta nigdzie nie poszła dalej, dowódca warty poprzestał na zafundowaniu "Frączewskiemu" sprzątania całości wartowni. Podobno dawno tak nie lśniła. 

Oprócz wart mieliśmy jeszcze biuro przepustek, pomocnika dyżurnego boku dydaktycznego, służbę na kompanii (podoficer albo dyżurny) oraz kilku dyżurnego stołówki. Na tą ostatnią służbę wyznaczonych było po kilku podchorążych z każdego plutonu i musieli oni przejść badania dodatkowe (badanie kupki, krwi i innych rzeczy, które mogłyby mieć wpływ na zakażenie reszty żółtaczką albo innymi chorobami przewodu pokarmowego). Jak byli w porządku, to pluton miał dodatkową wyżerę. Oczywiście, na służby nie chodzili wszyscy, zwłaszcza na te weekendowe. Był jeden taki model od "Tołdiego" z plutonu, który każdą niedzielę spędzał w domu. Blisko miał, więc kombinował. W końcu całym rocznikiem namówiliśmy pisarzy, aby wsadzili mu służbę z soboty na niedzielę. Biegał "Wafel", błagał każdego o zamianę na służby. Kiedy solidarnie odmówiliśmy, proponował kasę. To też olaliśmy. Jednak pech chciał, że akurat wtedy na rocznik przeniósł się gość z WAT - u. Nieświadomy układów, kupił tą służbę. Macie pojęcie, jacy byliśmy wściekli na "nowego"?

Jak wcześniej napisałem, do połowy grudnia nauka w szkole łączności kojarzyła mi się bardziej z nauką na "Zmechu" - non stop w polu. Kto przeżył wojsko ten wie, że zajęcia takie dla dowódcy są ulubioną formą nauki podwładnych moresu i nasz dowódca plutonu wykorzystywał to w 100 procentach. Rany boskie, co on z nami wydziwiał. Od progu pododdziału do bramy "Saharki" grzało się biegiem, wróg atakował z każdej strony (brakowało tylko ataku okrętów podwodnych) i nie przebierał w środkach. Saddam Husajn to anioł przy przeciwniku wymyślonym przez dowódcę plutonu. Nasz wróg był ostatnim sadystą, minującym wszelkie ścieżki przed nami oraz skażającym teren gdzie się da i czym się da. Ewakuacja rannego czy też zagazowanego kolegi była normą. Same zajęcia na "Saharce" to już było harcerstwo. Ślepaki zazwyczaj oddawało się pozorantom (jak pamiętam, przeważnie pchał się na tą fuchę "Frączewski" i brał idiota amunicji ile wlazło :)). Potem trzeba tylko było znaleźć sobie dobre miejsce w szyku drużyny i można było ściemniać po krzakach. Czasami jednak nie były to zbyt słodkie zajęcia, bo instruktorzy spóźniali się, więc "Krzesik" dla zabicia czasu (oraz dla nauki moresu) przepuszczał nas przez pas taktyczny, ze szczególnym uwzględnieniem stawu. Jeżeli dobrze pamiętam, to chyba każdy zwalił się z kładki albo ze słupów do wody. Była jazda... . Na strzelnicy też odsiedzieliśmy swoje, ale ja po początkowych problemach z giwerą nie miałem problemu z zaliczeniem strzelania. Gorsze było strzelanie przygotowawcze do "dwójki", bo wtedy rąbało się ślepakami przez odrzutnik (jeżeli zajęcia kończyły się o 18.00. to do capstrzyku czyszczenie broni było pewne).

I tak biegło nam życie, od czasu do czasu przetykane służbami lub przepustkami. Wyjechać na 72 godz. to było marzenie, o 48 też było ciężko, ponieważ "Krzesik" na dowódców drużyn wybrał sobie akurat największych przytrzymańców a ci chcieli udowodnić swoją wyższość i kreślili ludzi z przepustek bez najmniejszego uzasadnienia. Łatwiej było o "stałkę", co skwapliwie wykorzystywałem, ponieważ do domu, jak wcześniej pisałem, miałem pociągiem 5 godzin. Najbardziej z tego były przykre służby z piątku na sobotę, bo akurat obejmowało się służbę a ludzie zadowoleni jechali do domu. Boże, jaką wtedy chamską zazdrość odczuwałem. Samo opuszczenie koszar też wymagało szczęścia i zręczności, bo jeżeli już na kompanii przeszło się szefa i oficera, który ciągnął nadzór to trzeba jeszcze było sforsować biuro przepustek. A tam siedział sobie oficer dyżurny (zazwyczaj podchorąży IV roku albo jego pomocnik z III roku) i zaczynały się pytania. Jeżeli znało się regulamin, można było dostać lepszy zestaw np. wygląd i nazwę stopnia pułkownika armii tureckiej (!!!). Jaja się działy... . Wkurzające to było, bo w 1990 roku prywatna komunikacja raczkowała, więc człowiek zdany był na PKS a po południu kursów w stronę Warszawy jak na lekarstwo. A z Warszawy w Polskę?... . Widzicie więc, że słodko "młodemu" nie było. Pamiętać też należy, że musieliśmy jeździć w mundurach a nasze paski na rękawach i blachy WSO na pagonach działały na ŻW jak płachta na byka. Kontakt z nimi owocował przeważnie głupim meldunkiem do komendy szkoły i ZOMZ-em adekwatnym do treści meldunku (dla nie zorientowanych - kara dyscyplinarna polegająca na zakazie opuszczenia miejsca zakwaterowania czyli pododdziału przez czas określony oraz obowiązkowym codziennym meldowaniem się u oficera dyżurnego w pełnym oporządzeniu). Podobnie było, jeżeli spóźniło się z przepustki.

Nastał koniec listopada i nasze święto, czyli Dzień Podchorążego (ustanowiony na pamiątkę buntu podchorążych w 1830 roku). W ten dzień szkołą rządzili podchorążowie a wieczorem w kasynie odbywał się bal podchorążego. Szczęśliwcy (a tych na I roczniku było kilku) dostali zaproszenia i mogli na bal przywieźć dziewczyny. Ja akurat miałem pododdział alarmowy i nasza rolą było zbieranie i transport nachlanych podchorążych na pododdziały. Sama impreza była przepyszna, przez kolejne 3 lata studiów byłem na każdym balu. Od początku grudnia zaczęło się wielkie zaliczanie przedmiotów ogólnowojskowych a potem była już tylko nauka na bloku szkolnym. Wtedy zaczęły się wielkie czasy walk z "Parówą". Osobliwe było poprawianie ulanych kolokwiów jak również samo zaliczenia przed egzaminem. Stała sobie kolejka podchorążych przed gabinetem "Parówy", wchodziło się pojedynczo, dostawało serię pytań. Jeżeli było się oblanym, następował wymarsz z gabinetu i powrót do kolejki (oczywiście na koniec). I tak w kółko, przeważnie do 22.00. Nie było sensu udowadnianie "Parówie" własnych teorii. Widocznie facet miał jakiś kompleks i ogromnie nie cierpiał ludzi, którzy mogliby wiedzieć na dany temat odrobinę więcej od niego. Pozostawało wykuć na blachę zalecany przez "Parówę" podręcznik (oczywiście jego autorstwa). Ilu ludzi odeszło przez fizykę, nie pamiętam, ale był to duża liczba. Z innymi przedmiotami było łatwiej, chociaż część ludzi poległa na matematyce czy teorii obwodów i sygnałów. Mnie udało się przejść przez to w miarę bezboleśnie, powtarzałem tylko laborkę z teorii obwodów i sygnałów. I w ten sposób dotrwaliśmy do Bożego Narodzenia. Przysługiwał nam urlop na Święta i Nowy Rok. Przed wyjazdem było wielkie sprzątanie rejonów oraz czyszczenie broni, które doprowadzało nas do rozpaczy kontrolami "Krzesika". Ostatnia noc przed wyjazdem to było jedno wielkie chlanie i kolędowanie. Wtedy też były pierwsze rozliczenia z wazeliniarzami. Krew lała się równo, nasz pomocnik spędził tę noc w kancelarii dowódców plutonów :). Wesołe to było o tyle, gdyż zdaliśmy sobie sprawę, że wszystko ma swoje granice i czasami pewne sprawy można (i da się) wyjaśnić w trybie siłowym.

Urlop ten był dla mnie bardzo przykry, ponieważ rzuciła mnie dziewczyna. Święta przesiedziałam w domu a Sylwestra spędziłem na jakieś chorej dyskotece. Z prawdziwą przyjemnością wróciłem do Zegrza i tego całego bałaganu. Kumple pocieszali mnie jak umieli, naprawdę tamtą atmosferę wspominam z łezką w oku, bo człowiek przekonał się, co to znaczy mieć porządnych kumpli. Jednocześnie łatwiej znosiłem konieczność zostawania w WSOWŁ na weekendy, bo przestało mnie już ciągnąć w rodzinne strony. Miałem też czas na przygotowanie się do sesji, która nadchodziła wielkimi krokami. Stawka była wysoka, ponieważ za średnią 3,51 należał się awans, za 4.00 trzy dni urlopu + 25% dodatku do żołdu. Za 4,50 było 5 dni urlopu i 50% dodatku. Ponadto dowódca kompanii zapowiedział, że jeżeli ktoś pozalicza i pozdaje wszystko przed końcem sesji, czas ten spędzi w domu. Dowódca plutonu dołożył obietnicę, że do czasu następnych "łabędzi" w dzienniku co tydzień 48 pewne (tu muszę mu oddać sprawiedliwość - trzymał się tego do końca dowodzenia nami). Było więc o co się walczyć. Pomagaliśmy sobie nawzajem, jeżeli były "spędy" na zaliczenie, szło się za kumpla zaliczać. Ten numer nie wypalał tylko w przypadku WF bo wykładowcy z reguły pamiętali wszystkich i "podstawka" była ryzykowna (chociaż kilka razy udało się). Większość ludzi przejmowała się sesją, chociaż byli i tacy, którzy zdecydowani byli ją oblać (zwolnienie ze szkoły za brak postępów w nauce nie pociągało za sobą zwrotu kosztów kształcenia) i resztę służby odbębnić w ZSW. Sesja zaczynała się pod koniec stycznia, ostatni tydzień mieliśmy wolny od zajęć. Heh... od zajęć tak ale nie od służb. Nasz "Krzesik" zapowiedział, że mamy być pierwsi a jednocześnie załatwił tyle służb i wart na pluton, że nie szło tego obrobić. Sama sesja była dość ciężka, udało nam się o tyle, że "Parówa" zachorował i przyjmował nas inny fizyk. Natomiast egzaminy zdawaliśmy sami, nasz dowódca plutonu olał możliwość uczestnictwa w komisjach egzaminacyjnych. Podczas gdy inni dowódcy walczyli o oceny swoich ludzi, "Krzesik" codziennie po egzaminach przeglądał nasze indeksy i pechowcom groził zwolnieniem z WSOWŁ. 

Cóż… jeżdżę po nim jak po łysej kobyle, ponieważ dla każdego podwładnego przykrym jest, jeżeli ma za darmo wroga w swoim przełożonym. Jednak z perspektywy czasu muszę stwierdzić, że w tym szaleństwie była metoda. Nauczyliśmy się radzić sobie sami, nawet wbrew wszelkim przeciwnościom. Fakt faktem, dla tych 48 godzin wolności niejednokrotnie uczyliśmy się według zasady "3Z" (zakuć, zdać, zapomnieć ;)) i niejednokrotnie potrzebne później wiadomości trzeba było sobie przyswoić na nowo. Ale… "pecunia non volet". Więc uczyliśmy się, jak tylko się dało. Na zajęciach, po zajęciach, na służbach. Najlepiej tego wszystkiego wychodziła nam "nauka" biegu na 3 km. z uwagi na codzienne bieganie na zaprawie ;) . Nie zaliczyć tej konkurencji graniczyło z cudem, chociaż i tu zdarzali się pechowcy (niektórym klękała psycha od 9 - krotnego powtarzania rundek wokół stadionu). Zatem przyszedł czas sesji, zaczęła się nerwówka. Różnie to niektórym wyszło, zmuszeni byli potem zaliczać przedmioty w toku kolejnego semestru. Ja należałem do grona szczęśliwców, którzy zdążyli zdać i zaliczyć wszystko przed końcowym terminem. Przy okazji poznaliśmy zasadę, że lepiej podchodzić do egzaminów w terminie "zerowym" czyli przed sesją. Nastawienie wykładowców reguły było lepsze i, jeżeli nie dostało się 5, to pewną oceną była 4. Cieszyłem się, a jakże z zaliczonej sesji ale ważniejszym dla mnie było posiedzieć kilka dni w domu "za friko" no i oczywiście wizja pierwszego awansu. Pierwsze belki wpadły nam na pagon w kilka dni po zakończeniu sesji. Od razu poczuliśmy się "mniej młodzi". "Gaszenie peta" urządziliśmy sobie z kilkoma kolegami w Warszawie. Była kiedyś na Placu Konstytucji chińska restauracja "Shanghai". Tam postanowiliśmy trochę "poczadować". Ku naszemu zaskoczeniu, kelnerką była Chinka a menu tylko po angielsku i chińsku. Z wyborem alkoholi nie było większego problemu, gdyż patrzyło się na słowo "vodka" i cenę, gorzej było wybrać jakiś posiłek. W końcu, metodą "pałka, zapałka…" coś tam wybraliśmy. Do dziś pamiętam, że wyglądało to i smakowało jak filet rybny. Któryś z nas zapisał nazwę potrawy i po powrocie do Zegrza kumple przetłumaczyli nam, że jedliśmy… zrazy z węża (!!!). Kurdę… pamiętam, że zebrało nas na "hafty" i na szybko kombinowaliśmy flaszkę aby zapić takie wspomnienie :) . Druga przygoda była mocniejsza. Kumplom, którym sesja nie wyszła, została ostatnia przed przymusowym siedzeniem na jednostce stałka, więc postanowili to jakoś "rozebrać" przy flaszce. Zatem znowu ruszyliśmy do Warszawy, od Rosjan pod domami "Centrum" kupiliśmy kapslowaną "Stoliczną" (była taka, a jakże). Na ekrany kin wszedł wtedy film "Polowanie na Czerwony Październik" więc postanowiliśmy go obejrzeć przy wódeczce. Za zakąskę posłużyły nam mandarynki, które na sali kinowej obieraliśmy do czapki ;)). Zasnąłem wtedy w kinie a obudziłem się, kiedy kumpel zaczął puszczać "hafty" pod krzesła. Na "łapu - capu" ubraliśmy go i w nogi z kina. Idziemy ulicą i wyzywamy kolesia od buraków. Na to on stanął na przystanku pełnym ludzi i chciał walnąć "barana" w przystanek. Zdjął czapkę a tu na głowie górka skórek od mandarynek.. Boże… obciach był nieziemski ;) . Powrót do Zegrza był wesoły, jeszcze na biurze przepustek złapał nas pomocnik OD ale udało nam się załagodzić hecę, chociaż nasz kumpel zaczął już dostawać skłonności do robienia afery. 

Kilka dni potem były awanse, jak już pisałem, poczuliśmy się "mniej młodzi" ale jednocześnie na kompanii (w plutonie też ale na mniejszą skalę) zaczęły się podziały na lepszych (czyli awansowanych) i gorszych. Niektórym też awans uderzył do głowy, zaczęli być służbistami a najgorsze było to, że usiłowali tresować żołnierzy ZSW. Od tamtej pory było niemal pewne, że podczas przejmowania służby czy wart od ZSW trafi się spośród nas jakiś głupek, który czepi się pierdoły przy przekazywaniu. Oczywiście, żołnierze nie pozostawali dłużni i przejmując od nas służbę lub wartę odwdzięczali się tym samym. Osobiście starałem się być jak najdalej od tego typu "trepiozy", ale odbijało to się również na mnie. Zatem - "trepioza" zaczęła wydawać owoce "syfu". Nie zrozumcie mnie źle, nigdy nie przyjąłem służby "na odwal" ale bez przesady… . Te ataki i kontrataki powodowały tylko większe wkurzanie się na codzienność a i same służby stawały się przez to cięższe.