O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski
- Piotr Grześkowiak

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.

Skąd się biorą trepy?

01 - Jak to się zaczęło, czyli jak poszedłem na ZAWODOWCA
02 - Nie matura lecz chęć szczera, czyli EGZAMINY WSTĘPNE
03 - Unitarka
04 - Smutne jest życie młodego budynia
05 - Pierwsze koty za płoty
06 - Pierwsze "redukcje na luz"
07 - III Semestr - "Zmośkane życie"
08 - Początek IV semestru, koniec "szuwarskiej" nocy
09 - Wiosenno-letnie manewry i "manewry"
10 - Masa radości, bo to początki starości
11 - W przygotowaniu


Unitarka

Mundurowanie, zdawanie cywilek i ewidencja nowo przybyłych niczym nie różniły się od procesów opisanych na innych „wspominkowych” wojskowych stronach. Flaszkę przemyciłem bodajże w płaszczu (kumpel odebrał swoją pod prysznicem lecz trafił na inną kompanię). Niosąc na plecach wszystko, co Ojczyzna dała szedłem przy akompaniamencie skrzypienia opinaczy na swoją kompanię.

Była to 1 kompania podchorążych 1 rocznika. Skierowano mnie do sali nr 9, gdzie siedziało już kilku chłopaków. Miny mieli nietęgie. Zwaliłem majdan na „wóz” i poszliśmy zapalić. Dowiedziałem się, że jesteśmy w 2 plutonie, za dowódców drużyn mamy podchorążych II rocznika i że dwóch jest normalnych a jeden „ma nasrane”. Moi nowi kumple na kompanii byli już od 08:00, ponieważ taki mieli dojazd ze swoich stron. Stąd też byli już mniej więcej dobrze poinformowani, co i jak (jeżeli można tak powiedzieć, bo w rzeczywistości cokolwiek kumać zaczęliśmy dopiero po tygodniu).

Dowiedziałem się, że II rocznik będzie miał nas 2 tygodnie a potem przychodzą „szwadrony śmierci” z IV rocznika i będą nas jebać. Miła perspektywa.... Na takich rozmowach, obszywaniu „makaronem” pagonów i przyszywaniu „wosek” (taki kawałek blachy, gdzie w stylizowanym wieńcu są litery WSO) upływał czas a na kompanię przybywało coraz więcej ludzi. Zapełniał się również nasz pokój. Do kolacji zajęte były wszystkie łóżka (spało nas na sali 10). Po kolacji zjawił się ten, „co ma nasrane”. Miał. Do 22:00 czyli do capstrzyku śmigaliśmy jak rakiety. Tzn. pluton śmigał, bo mnie wyznaczono do sprzątnięcia umywalni. Udało mi się ściemnić do capstrzyku a nawet spokojnie ogolić. Chłopaki chlastali się żyletkami a ja spokojnie siedziałem za oknem (kompania była na parterze) i paliłem papieroska ;). Po capstrzyku zlałem wodą całą posadzkę, starłem to szmatą i zdałem kapralowi rejon bez problemu. Tak minął mi pierwszy dzień w armii.

Rzadko który człowiek lubi wstawać, tym bardziej wcześnie rano. A już nikt nie lubi budzić się w tumulcie i ryku: „Pobudka, pobudka, wstać!!!” Za chwilę podawanie stroju na zaprawę i czas do zbiórki. 5 minut do zaprawy w tych pamiętnych dniach wzbudzało panikę. „5 minut?!! Przecież nie zdążę sznurowadła zawiązać”. (Heh ... potem to człowiek zdążył nawet wypalić papieroska) I potem wszystko na czas. Gwoli sprawiedliwości muszę powiedzieć, że nasi dowódcy drużyn wyjątkowo szanowali gardła i nie darli się na nas. W ogóle, spędzali z nami dużo czasu, starając się możliwie spokojnie wprowadzić nas w zawiłości życia wojskowego. Musicie pamiętać, że szkoła była pod wrażeniem wypadku, o którym wcześniej pisałem, i komenda szkoły była bardzo wyczulona na sprawy stosunków międzyludzkich. Ochnik podobno obraził się na swoje przyszłe ofiary właśnie na unitarce. Jednak na 1 piętrze koszarowca rezydowała II kompania podchorążych naszego rocznika i tam raczej nie przejęto się zbytnio możliwością wendetty ze strony „młodych”. Co tam się działo ... 

Pojebany dowódca kompanii, szef kompanii – szujowaty chrąch, dowódcy drużyn – klienci, którzy powinni iść na „Zmech”. Zwłaszcza dwóch gości było tam wybitnie porąbanych: wysoki sadysta rodem z Chełm o ksywie „Bewup”, posiadający wszelkie kwalifikacje na trepa oraz wieśniak z gór niski ale przybyczony (chyba ile wzrostu tyle w barach) blond góralski cham o mentalności pastucha (zwali go „Habdas”). Naprawdę, współczułem tym chłopakom. Przyroda nie okazała się dla nich łaskawa. Codziennie o 05:50 uginający się pod naporem opinaczy sufit przypominał nam, że za 10 minut pobudka. A na górze „Szuwary” miały już „rozgrzewkę” przed zaprawą ;).

Na tego typu komendach, wrzaskach i bieganinie płynął czas. Dowódcę kompanii, politycznego i szefa poznaliśmy na apelu porannym ale dowódca naszego plutonu pojawił się dopiero po kilku dniach. Gość robił dziwne wrażenie: wysoki szpakowaty podporucznik, trochę jak gdyby smutny. Podczas gdy pozostałe trzy plutony były ustawiane w pionie i w poziomie przez swoich dowódców, nasz dowódca oszczędzał nam tego, skupiając się raczej na wstawianiu gadek i obserwowaniu każdego z nas. Nie twierdzę, że bał się dać nam do wiwatu. Oj, nieraz potrafił nami orać, aż nam się woda w tyłkach zagotowała. Ale to miało dopiero nadejść. Natomiast pierwsze tygodnie były wyjątkowo spokojne. Jako, że do szkoły przyszliśmy we wtorek, pierwszy tydzień zeszedł na zapoznawaniu się z terenem szkoły oraz przygotowywaniem do uroczystej immatrykulacji roku szkolnego. Polegało to na tym, że spędzano nas do kina o wdzięcznej nazwie „Fala” i tam ćwiczyliśmy śpiewanie „Pieśni rycerskiej” i „Gaudeamus”. Teksty podyktowano nam pierwszego dnia i mieliśmy go umieć na rano dnia następnego. Niemożliwe? Heh ... niemożliwe to jest przelecieć sprzątaczkę w wojsku (bo jej nie ma – wojsko samo sprząta ;)). Chciało się iść zapalić, to meldunek do dowódcy drużyny. A ten krótko – recytuj „Pieśń rycerską”. „Co, nie umiesz? To nie ma palenia” Albo: „Podchorąży, recytujcie Gaudeamus” „Cooo, jeszcze nie umiecie? No to już, na szmatę do kibelka”. 

W owym czasie zaciekle tępiono raka i poziom rejonów bliski był czystości idealnej. Kiedy młodzi „budynie” (nazwa podchorążego wzięta od białego sznurka, którym obszywaliśmy pagony. Dlaczego akurat „budyń”, to nie wiem. Mnie osobiście kojarzył się z makaronem) już naumieli się tekstu, do akcji wszedł cywil, którego nazwaliśmy „Harmoniusz”. Był to stary pacan z zapędami dyrygenckimi. Katował nas przez pół dnia i jeszcze po kolacji, usiłując zgrać 218 ryczących gardeł (bo tylu nas zaczynało). Cierpieliśmy równo, słuchając jego gry na harmonii. Ostatecznie zaśpiewaliśmy oba kawałki, komendant wręczył nam indeksy i przynajmniej ten etap mieliśmy za sobą.

Sobota była dniem gospodarczym. Mnie i kilku chłopaków wysłano do grabienia liści i to był naprawdę szczęśliwy los na loterii. Podczas gdy chłopaki na kompanii fruwali na szmatach, my spokojnie grabiliśmy trawniki. Tak naprawdę to za dużo nie było co tam grabić bo czas „akcji LIŚĆ” jeszcze się nie zaczął. Ale kto rezygnowałby z możliwości oddychania świeżym powietrzem lub palenia papierosów bez nadzoru? Niektórzy być może uśmiechną się z politowaniem: „Ale mi szczęście”. Ja jednak odpowiem – pełnia szczęścia. Kilka godzin możliwości decydowania o sobie. Podczas tego grabienia przechodziliśmy obok szatni, której okna były otwarte. Wiele nie namyślając się wskoczyłem do środka, znalazłem swój płaszcz i złapałem flaszkę. Boże, jak smakowała ta „Żytnia” dzielona do zakrętki dezodorantu i popijana wodą z bajorka. To naprawdę było klasyczne „małe szczęście”. Może to wyglądać na jakieś alkoholiczne stwierdzenie ale te kilka łyczków żytka pomogło spędzić dużo stresu z naszych serc.

W niedzielę rano padło pytanie: „Kto chętny do kościoła? A gdzie? Do Legionowa” (takie miasteczko 9 km przed Zegrzem od strony Warszawy). Oczywiście wszyscy poczuli się głęboko religijni tym bardziej, że wyjazd był przewidziany na wieczór a w ciągu dnia była szansa na odwiedziny. Ja na żadną wizytę nie liczyłem więc zapisałem się na wycieczkę do twierdzy modlińskiej. To było dość ciekawe, przewodnik był oblatany w temacie a w drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w knajpce ;) Popołudnie zeszło na prasowaniu munduru i wieczorem pojechaliśmy na mszę. Wiadomo ogólnie, że połowa z nas z Panem Bogiem stała na bakier a msza była szansą zobaczenia normalnych ludzi (oczywiście mówię o tej piękniejszej części naszego gatunku ;)).

Od poniedziałku zaczął się rok akademicki. W sumie 8 godzin spania na salach i aulach. Mieliśmy okazję poznać jedną z „kłód” pierwszego rocznika – wykładowcę fizyki o wdzięcznej ksywie „Parówa”. Nie, nie był on „kochającym inaczej” tylko miał taką aparycję, która nie dała się określić inaczej. Zasób materiału oraz sposób jego przekazywania przez „Parówę” wzbudził w wielu z nas konsternację. Jeśli chodzi o mnie, to wszystko to przerobiłem w szkole średniej i to w znacznie szerszym zakresie niż podał „Parówa”. Natomiast prowadzenie wykładów.... Do dziś pamiętam pierwszy wykład. Dosłownie porażka. Facet coś stęknął, podał numer strony skryptu, odwrócił się i zaczął wyprowadzać wzory na tablicy. Kilka razy szukał chętnych do powtórzenia tego (między innymi ja się zgłosiłem). Chętni zostali na koniec wykładu ocenieni ale nasi dowódcy drużyn uświadomili nam, że te oceny to pic na wodę. Nawet kolokwia „Parówa” oceniał według wskazań barometru. U tego gościa naprawdę trzeba było mieć szczęście ale o tym dalej. Więc wykłady z fizyki wyglądały podobnie jak inne. Wykładowca sobie, kilku kujonów lub też wyspanych (ewentualnie zainteresowanych) pilnie notowało, reszta spała snem sprawiedliwego (włącznie z dowódcami drużyn). Dotyczyło to wykładów z fizyki, psychologii i czegoś tam z socjologii (nazwy przedmiotu dokładnie nie pamiętam). 

Natomiast wykłady z przedmiotów „wojskowych” cieszyły się niesamowitą wręcz aktywnością podchorążych – po prostu dlatego, że wykładowcy opieprzali naszych dowódców drużyn, ci musieli stać przez pełne 90 minut i pilnować nas. Poza tym już na drugim wykładzie taktyk ściął kilka osób, dowódcy plutonów doprawili rejonami. Poza tym taktyka na każdym semestrze kończyła się jak nie egzaminem to zaliczeniem więc żartów nie było. Przynajmniej nasz pluton miał zapowiedziane: jeżeli palant, w ciągu tygodnia należy go poprawić bo inaczej o przepustce jednorazowej można pomarzyć. Jeżeli to nie skutkowało, za dwa tygodnie znikało też prawo do przepustki stałej. Co prawda, do przysięgi i przepustek był okrągły miesiąc ale co rozsądniejsi woleli nie ryzykować. Tym bardziej, że materiału było dużo i niebezpiecznym było robić sobie jakiekolwiek „tyły”. Jeżeli dobrze pamiętam, na I semestrze I roku obowiązywały: Matematyka (egzamin), fizyka (egzamin), język rosyjski (zaliczenie na ocenę), psychologia (nie pamiętam), coś z socjologii (też nie pamiętam), taktyka ogólna (zaliczenie), regulaminy (egzamin), szkolenie strzeleckie tzw. „ogniowe” (egzamin), podstawy dowodzenia (egzamin po II semestrze), teoria obwodów i sygnałów (egzamin), szkolenie inżynieryjne czyli „saperka” (zaliczenie) szkolenie chemiczne (zaliczenie), topografia wojskowa (zaliczenie po II semestrze). Chyba tyle ... Ach, zapomniałbym o WF – oczywiście egzamin ;). Jak widzicie, sporo tego było i ciężko to było ogarnąć. Najlepszym sposobem było robienie notatek ale tu też były schody. Do przysięgi dzień w dzień była musztra i tupanie. O rejonach nie wspominam ... Poza tym sam taki przedmiot jak „ogniowe” to nie tylko zajęcia teoretyczne typu na czym polega zjawisko strzału, jaki kaliber ma kbk AKM czy też budowa RPG – 7. Oprócz tego jest jeszcze masa praktycznych „zajęć laboratoryjnych” na strzelnicy. Kto był w wojsku to wie, jaką ścieżkę trzeba przejść zanim odda się pierwszy strzał. Tak więc nauki była masa. A tu unitarka, ścigają nas na każdym kroku i za tydzień przejmuje nas IV rocznik. „Chce się żyć, Coca – Cola ...”.

Skoro wspomniałem o broni, odbyło także jej wręczenie. Oficjalnie wręczono ją czterem najwyższym przy okazji pożegnania żołnierzy ZSW odchodzących do rezerwy. Pozostałym „luśnie” wręczono robiąc zbiórkę pod pododdziałowym magazynem broni. Wszyscy dostali kbk AKM z drewnianą kolbą. Nowe nie były – przeważał rocznik 1979 (taki dostałem między innymi ja), najstarsze były chyba z 1966. Nareszcie człowiek trzymał w ręku coś konkretnego, diametralnie różnego od szmaty. Oczywistym było, że serię i numer broni trzeba było wykuć na blachę (znowu niektórzy mieli problem z zapaleniem papierosa). Niektórzy dostali jeszcze inne egzemplarze, które przydzielone były do szkolenia całego rocznika (ja dostałem pm wz. 1963 zwany „RAK”). Cieszyliśmy się naszymi giwerami jak dzieci ulubioną zabawką. Oczywiście radość przeszła po pierwszych zajęciach, kiedy trzeba było broń wyczyścić. Jak były celne, zależało od chęci dowódcy plutonu (odpowiada on za stan broni podwładnych i powinien ją przystrzelić). Nasz dowódca nie miał chęci, aby nasze giwery były celne bo nieudane strzelanie było doskonałym pretekstem do skreślenia z przepustki.

Trochę na temat wykładowców. Ogólnie byli w porządku, chociaż niektórzy wymagali zbyt dużo jak na szkole łączności oraz zajęcia prowadzili również w zbyt szerokim zakresie. Matmy uczyła nas miła starsza pani. Uczyła bardzo fajnie i składnie, jak ktoś nie uczył się, był dla niej „zapchlonym kocurem” (o najlepszych nie wiem jak się wyrażała ). O „Parówie” już pisałem chociaż jeszcze do niego powrócę. Ruskiego uczył nas porucznik, bardzo porządny człowiek. Uczył, wymagał ale nie wydziwiał. Za to jego laborantkę klęliśmy w żywy kamień bo mieliśmy rejony również w bloku szkolnym i to akurat w studium języków obcych. Baba pod względem porządków była faszystką i nie szło jej ściemnić. Musiało być czysto „jak w cipie anioła”. Psychologii i socjologii uczyło nas dwóch zaklinaczy węży w stopniu majora. Stanął sobie jeden albo drugi pan major za katedrą, wbił wzrok w ścianę za nami i przez 45 minut monotonnym głosem coś tam mówił. Nie wiem, czy przetrwałem chociaż jeden wykład do końca. Taktyki uczył nas kapitan (potem awansował na majora) „Strugacz” (ksywa kojarząca się ze stolarnią, podobne miał nazwisko a i strugał nas równo). Nie było z nim przeproś. Na pierwszym wykładzie (a było to na auli) przeszedł się pomiędzy ławkami i pobudził wszystkich dowódców drużyn, obiecał im „dłuuuuuugie zaliczenie” u niego i kazał pilnować nas abyśmy czasem nie spali. Następnie pognał z wykładem. Ciężko było nawet coś notować bo mówił krótko, treściwie i po wojskowemu. Pozostawało spisywanie treści z wyświetlanych folii ale i te tylko śmigały na rzutniku (pamiętajcie, że był to rok ’90 – coś takiego jak prezentacja multimedialna jeszcze nie istniało nawet w sferze pojęć). Na drugim wykładzie „Strugacz” wszedł między ławki, rozejrzał się dookoła (a wzrok miał jadowicie skurwiały) szukając oczyma ofiary, potem słychać było: „Podchorąży, co powiecie na temat ........?” (Tu następowało pełne zaskoczenia milczenie). „Dziękuję podchorążemu. Polegliście nie wystawiając głowy z okopu. Będziecie dłuuuuuugo u mnie zaliczali”. I tak kilka razy pod rząd, potem było wezwanie dowódcy kompanii. Mieli chłopaki pecha. A wykładowca od tej pory opinię surowego i spokój na zajęciach. Jednak nie czynił ze swojego przedmiotu pępka świata i uczył nas zawsze tyle, ile było w danym momencie potrzebne. Ja osobiście bardzo miło wspominam i „Strugacza” i jego zajęcia z taktyki. Regulaminów uczyli nas wszyscy tj. dowódcy drużyn i plutonów, dowódca i szef kompanii a ich znajomości wymagało znacznie szersze grono osób, w tym szczególnie przyjemniaczki z IV rocznika (przejście przed ich akademikiem równało się samobójstwu), którzy wyciskali ostatnie soki z tych 4 czerwonych książeczek a ze schwytanych na ich nieznajomości podchorążych – ostatnie krople potu na swoich rejonach wewnętrznych. „Ogniowego” uczyli nas wykładowcy z Zakładu Przedmiotów Ogólnowojskowych. Główną wadą tych zajęć był bieg na odległą o 2 km strzelnicę. Pół biedy, jeżeli na PKT służbę miał normalny gość, wtedy zadylało się jakieś 1,5 km. Jeżeli natomiast służbę miał jakiś niedowartościowany chorąży, trzeba było grzać dookoła szkoły, wychodząc przez bramę główną. 

Co to znaczy dla ludzi będących 2 tygodnie w wojsku, tego nie muszę chyba tłumaczyć. Podstawy dowodzenia – bardzo ciekawy przedmiot z bardzo fajnym majorem (nazwiska nie pamiętam), którego tym bardziej pamiętam, że kończył WSOWP ale w żaden sposób nie był do „dekla” podobny (charakteru ani zachowań deklowskich też nie miał). Nauczył nas major wielu rzeczy, które przydały się potem w jednostce. Teoria obwodów i sygnałów czyli TOiS – jeden z nielicznych czysto technicznych przedmiotów na I roku. Nie miałem z tym problemów, wykładowca też był w dechę (nazwiska nie pamiętam). Szkolenie inżynieryjne zaczęło się groźnie, bo na początku mieliśmy zajęcia z takim podpułkownikiem, który „saperkę” uważał za pępek świata. Przedmiot, który przez trzy miesiące wymagał pilnej nauki a i tak czasami psu na budę to się zdało (komu się chce liczyć, ile potrzeba TNT do wysadzenia mostu o takiej to a takiej konstrukcji z takiej to a takiej stali?), bo facet wymyślał zadania nieprawdopodobne. Jednak jakimś cudem wziął nas inny wykładowca i poza „Parówą” przestało nas męczyć widmo klęski. Chemikiem był podpułkownik „Jabu” – bardzo fajny, kulturalny i mądry człowiek. Nazywaliśmy go „Jabu” bo fizjonomią przypominał japońskiego wielmożę z „Shoguna” ;). Facet nie popuścił żadnej pały, nawet z ubierania OP – 1 trzeba było się poprawić bo średnią zaczynał obliczać dopiero od oceny 3. Topografia – jedna wielka ściema, nawet nie pamiętam, kto to wykładał. Najśmieszniejsze było zaliczanie, bo facet rozdał busole, określił dozory i kazał podawać azymuty. A więc kto był zuchem albo harcerzem ten wygrywał na starcie. Pozostali musieli czekać na następne zajęcia w terenie.

I tak to wyglądało. O zajęciach i wykładowcach nieraz jeszcze wspomnę na pewno. Na razie jednak każdy liczył dni do przysięgi. A było coraz trudniej. Po dwóch tygodniach pożegnali nas dowódcy drużyn z II roku i za jakiś kwadrans zaczął się „Sajgon” – na kompanię wkroczyły „Szwadrony śmierci” z IV rocznika. „Co się działo, braciaszki kochane, tego ja wam nie wypowiem ...”. „Kawaleria powietrzna” czy inny smętny film w tym temacie przy tamtych dniach wydaje mi się materiałem szkoleniowym na zieloną szkołę. Wszędzie ryk: „Podchorąży, kurwa !!! ...”, następnie ryczący przedstawiał przyczynę swojego ryczenia i kończył: „Wykonać podchorąży, kurwa !!!”. Pierwszego wieczoru nawet nie wiedzieliśmy, kto jest naszym przełożonym. Goście łazili wszędzie i jebali wszystkich za wszystko. Luuuuudziee ... . Dowódcy plutonów zobaczywszy, że jest ruch i dialektyka poszli sobie do domów a my biliśmy kolejne rekordy biegu na trasie: szatnia – świetlica (ewentualnie drzwi wyjściowe). Los jednak znowu uśmiechnął się do mnie bo tego wieczoru wylosowałem „koszykówkę” czyli wyniesienie kompanijnego kosza na śmieci. Do śmietnika było może 100 metrów ale nam zajęło to ponad godzinę (palenie papierosa; wyrzucenie śmieci; wypalenie kolejnego papierosa; obczajenie sytuacji na kompanii; prowokacja podoficerów dyżurnych III i IV rocznika – „Ooooo !!! ... Młodziiiiiii !!! Pozwólcie, pozwólcie, w ramach kształtowania tężyzny fizycznej młodego wojska wyniesiecie nasz kosz” ;)). Następnego dnia przedstawiono nam naszych nowych „bossów” i przynajmniej wiedzieliśmy, kogo mamy słuchać. Jedno trzeba im przyznać – nie czepiali się nie swoich młodych, poza tym nie pozwalali czepiać się nas starszym rocznikom. Do obiadu jakoś przetrwaliśmy, a po obiedzie dowódca kompanii zakazał golenia się, bo mieliśmy wystąpić jako statyści w filmie. Trafiło się dobrze, bo przez tydzień nie było mowy o kontroli ogolenia na apelu porannym. No i jako że mieliśmy zetknąć się z przedstawicielami filmu, niebezpiecznym byłoby gdyby młody pożalił się, że go jebią. Rozumiecie – dopiero co Ochnik a tu znowu niehumanitarne traktowanie.

Zatem znowu mieliśmy luz. Sam wyjazd do Kazunia i Modlina na plan filmowy zakończył się kaszaną, bo część chłopaków spiła się, kilku przehandlowało rekwizyty (atrapy granatów i karabinów) i dowódca grupy (był to chyba wtedy dowódca 4 plutonu ppor. „Durszlak”) wściekł się maksymalnie i wysłał do akcji „Szwadrony śmierci”. Wydziwiali z nami prawie dwie godziny. Kilkunastoosobowa grupa, w której znalazłem się, jeszcze kilka dni jeździła na plan ale wtedy już pilnowali nas na każdym kroku. Potem wróciła zegrzyńska szarość i liczenie dni do przysięgi. W bloku szkolnym mieliśmy luz o tyle, że nie trzeba było prosić o prawo zapalenia papierosa bo „Szwadrony” szły wypróbowywać sprawność kraniku do piwa który właśnie zamontowano w kantynie. Siedzieli tam też dlatego, że i my próbowaliśmy kupić coś więcej niż tylko papierosy czy słodycze ;). Ich dyżury zazwyczaj kończyły się tym, że jeden najsprawniejszy (czytaj – najmniej pijany) wpychał pozostałych w nasze ręce (a raczej na nasze barki), sam stawał na czele plutonu i kondukt pogrzebowy („Janek Wiśniewski padł !!!”) ruszał pod akademik IV rocznika a potem na obiad. Po obiedzie nie dane nam było odleżeć żarcia tylko kompania ustawiała się pod magazynem broni, pukawki w garść i raus ! na plac apelowy ćwiczyć przysięgę i defiladę. Często, gęsto manewry te wizytował liniowiec szkoły i wtedy było: „Ta kolumna za szybko!” „Ta czwórka nie w nogę!” „A ten podchorąży co, kasztanka Piłsudskiego?!”. Po każdej takiej uwadze nasi dowódcy drużyn zlatywali się jak sępy do ścierwa i nasz los był marny. Przy okazji tych defilad mieliśmy okazję zobaczyć sąsiadów z góry czyli „Szuwarów” (do dziś nie wiem, skąd załapali taką nazwę). Stwierdziliśmy, że przyroda dalej ma do nich seksualne podejście ponieważ znowu dostali świrów a nie dowódców drużyn. Jeden wyróżniał się i sadyzmem i fizjonomią,. Pluton, nad którym gość się wyżywał ochrzcił go „Kazek Maska”. Słowo daję – gdyby facet założył MP – 4 albo SzM – 41 to byłby piękniejszy ;). Jednak przy rozmowach podczas krótkich przerw widać było to wychowywanie przez debili – goście mentalnie zaczynali być tacy sami ! Wszystko im przeszkadzało, oni najlepsi, najlepiej wyprasowani, najlepiej w szyku chodzą ... Booożee ... Zaczątki trepiozy !!! Wtedy chyba zrozumiałem sens słów, że unitarka to okres łamania mentalności (Haaahaaa !! A jednak nie spałem na wykładach z psychologii !!).

Na tym tupaniu, unikaniu (a raczej rozpaczliwych próbach uników) zmasowanych ataków „Szwadronów” przebiegł październik. Im bliżej przysięgi, tym lżej się robiło. „Szwadrony” miały już większość dowodzenia w dupie bo zajęci byli wyjazdami na praktyki. No i 5 tygodni obróbki zrobiło swoje – zassaliśmy podstawowe zasady, według których funkcjonuje wojsko. Jednak wszyscy byliśmy już zmęczeni tym młynem. Ja strasznie tęskniłem za rodziną no i za dziewczyną. Oprócz tego, że miałem przerypane na unitarce, to jeszcze Aśka przysłała mi głupi list o smutku, samotności dziewczyny i takie tam inne irytujące bajdurzenia 17 – latki. Miałem więc o czym myśleć i na co odpisywać. Dni szły powoli i to chyba najbardziej denerwowało wszystkich. Przy okazji kilku wykładowców zrobiło kolokwia i posypały się pały (ja chyba tylko z matmy wyszedłem zwycięsko). A uczyć się naprawdę nie było jak w tym młynie. Jednak nastała w końcu ta pamiętna sobota 27 października. Cały pasztet przeleciał szybko, zdaliśmy AKM – y, pobraliśmy rozkazy wyjazdów i wybiegliśmy szukać swoich bliskich. Nie muszę chyba opisywać jaki byłem szczęśliwy. Nasza przepustka to w zasadzie było 5 – cio dniowe wolne, bo z powrotem do Zegrza mieliśmy się stawić dopiero 1 listopada. Szczęśliwie autobus do Warszawy nadjechał szybko, kiedy na przystanku nie było zbyt wiele ludzi i po 5 godzinach byłem już w domu. Wiecie co? Wykąpałem się, zdjąłem te przeklęte BGS – y i poczułem się naprawdę dziwnie. Jakieś cywilne ciuchy, normalne żarcie, nikt się nie wydziera – czy ja jestem już w raju? ;). Nie obyło się bez przykrych doznań bo przez te 5 tygodni rodzina właściwie to już mnie wyprowadziła z domu. Część rzeczy przechwyciło rodzeństwo, część rodzice upchali w rodzinę. Czułem się w domu nie członkiem rodziny, nie jego mieszkańcem a gościem.

Tak ... . Pierwsze 5 tygodni wojska miałem za sobą. Czas krótki ale intensywnie przeżyty. W tym miejscu warto opisać otoczenie, w którym miałem spędzić najbliższe 4 lata swojego życia. Wypada zacząć od Zegrza. Jak spojrzycie na mapę powyżej Warszawy, zobaczycie Zalew Zegrzyński. Na jego północnym brzegu kropkę z napisem „Zegrze”. Tam właśnie mieściła się WSOWŁ (obecnie CSŁiI) i osiedle wojskowe zwane Zegrzem Północnym. Na południowym brzegu, za symbolem szkoły – mostem (4 przęsła jak 4 lata, w każdym przęśle 12 podpór jak 12 miesięcy – kumacie symbolikę?) mieściło się Zegrze Południowe z przystankiem PKP, Wojskowym Instytutem Łączności, osiedlem wojskowym i kilkoma budynkami, w których był sklep ogólnospożywczy, knajpa „Manhattan” (mieli ludzie poczucie humoru), potem kawałek plaży z polem namiotowym i drugą knajpą, której nazwy nie pamiętam, za to ceny w niej zbijały z nóg – co najmniej jak na Costa Brava. Zegrze Północne składało się z osiedla wojskowego, naszej „Alma Mater”, szkoły podstawowej, kasyna, kawiarenki nad zalewem zwaną przez podchorążych „kutasówą”, ośrodka żeglarskiego Wojskowej Akademii Technicznej i ośrodka PAP. W sezonie jesienno – zimowym nic tu się nie działo. Zabawić się nie było gdzie ponieważ teren był ściśle podzielony pomiędzy tubylców i roczniki podchorążych. A więc kasyno było zastrzeżone dla IV rocznika. W czasie, kiedy IV rocznik był na praktykach, teren ten czasowo był anektowany przez III rocznik, który normalnie rządził kawiarenką. II rocznik liczył na szczęście i czasami zdołał załapać kilka stolików w „kutasówie” jednak jego twierdzą była wspomniana przeze mnie speluna „Manhattan” w Zegrzu Południowym. Najmłodsi czyli I rocznik nie miał żadnych praw. Biedny podchorąży I roku po jakąkolwiek rozrywkę musiał udawać się do Legionowa, gdzie ryzykował spotkanie z Żandarmerią Wojskową. Do Warszawy na „stałkę” było za daleko poza tym można było dostać po łbie w środkach komunikacji (pamiętajcie, że obowiązywało nas noszenie mundurów – cywilki wprowadzono dopiero na II roku). Tak więc rozrywkowo Zegrze było tragedią. 

Do Serocka nawet przełożeni zabraniali nam jeździć (podobno miasteczko to kilka razy było pacyfikowane przez zjednoczone siły czterech roczników podchorążych i w tubylcach uraz do „budyniów” został po wsze czasy. Trochę lepiej było latem, bo ruszały sezonowe knajpy na przystani i w ośrodku PAP ale i tak zawalczyć wiele nie można było (niestety – mundury). Zatem od strony rozrywkowej Zegrze było porażką. 

Jeżeli chodzi o wewnętrzny przekrój szkoły, to w 1990 była istna mozaika: 4 roczniki podchorążych w sile 6 – 8 kompanii, 2 kompanie SPR, kompania BiB (bataliony inżynieryjno – budowlane czyli wojsko spod znaku Obrony Cywilnej) 4 albo 5 kompanii ZSW, które zabezpieczały działalność szkoły i kilka kursów: WKDO, kurs dla chorążych i podoficerów chcących zostać oficerami (nazwy nie pamiętam) oraz doraźnie organizowane kursy doskonalące dla kadry wojsk łączności. Generalnie szkołą trząsł IV rocznik. Ten rocznik trzymał służbę OD szkoły a więc miał władzę. No i następnie falowo: III rocznik (pomocnik OD, dowódca warty, dyżurny bloku dydaktycznego), II rocznik – „rozpylacze” jeżeli wartę miał I rocznik, czasami warta i biuro przepustek. Pododdział alarmowy i inne „brudne” służby – I rocznik. Czasami w wartach i pododdziale alarmowym odciążał nas SPR. Natomiast żołnierze ZSW grzali warty i służby kiedy podchorążowie jeździli na urlopy. Acha, czasami służbę OD przyjmowali oficerowie i chorążowie z kursów i wtedy nie było zmiłuj się bo ci ludzie przywozili nawyki z jednostek. Odprawa warty trwała wtedy zazwyczaj godzinę. Zatem tort był niezły. 

Z SPR stosunki były raczej poprawne, przynajmniej na poziomie I i II rocznika bo starsze non stop miały do „spermy” (sorki panowie „bażanty”) jakiś problem. Żołnierze ZSW raczej nie wchodzili nam w drogę o ile z naszej strony nie zaczynał nieporozumień jakiś palant, któremu trepioza zaczynała bić w glacę, ewentualnie z drugiej strony jakiś „szwej” uparł się nawyzywać nam od „trepów”. Ale były to sporadyczne przypadki. Z kolei pomiędzy rocznikami też nie było większych spięć. IV rocznik – wiadomo, każdemu chciał udowodnić swoją wyższość i „starość”. Jednak była zasada – wraca IV rocznik z praktyk to w nic nie wnika. III rocznik, z chwilą ubycia czwartego na praktyki też usiłował chwilę porządzić a potem jakoś rozchodziło to się po kościach. Natomiast drugi próbował rzadko podskakiwać, jeżeli już to rozwiązywało to się siłowo lub podczas przejmowania warty (oj, pogrzali nieraz chłopcy na wartowni i posterunkach ;) ). Punktami zapalnymi nieporozumień pomiędzy rocznikami były zawsze tereny rozrywek o których pisałem bądź też kolejka na stołówce (jeżeli starsi bez żenady wpieprzali się przed kolejkę młodszych). Dotyczyło to także ZSW i „ocelotów” (swego czasu jedliśmy na jednej stołówce) i SPR. Jakby nie dość było tych wojennych ścieżek z innymi, również na naszym I roczniku były tarcia pomiędzy kompaniami tzn. między 2 kompanią „szuwarów” a naszą 1 „twarzowców” (rewanżowa nazwa nadana przez „szuwarów”). Zaznaczam, że w tym przypadku „szuwary” zaczęli pierwsi, oczywiście na stołówce. Poza tym ich naprawdę wydymała przyroda – na unitarce mieli przerypanych dowódców drużyn (o „bewupie”, góralu Habdasie i „Kazku Masce” pisałem), potem porypanych własnych dowódców drużyn i pomocników dowódców plutonów (tacy kolesie jak „Ślepy”, „ Menda” Mędziak czy też człowiek z twarzą dinozaura „Nowotny” to legendy „Szuwarów”) oraz całkiem popierdzieloną etatową kadrę pododdziału (dowódcy plutonów, szef) ze strepiałym do szpiku kości dowódcą kompanii „Mośkiem”. 

Te 5 tygodni wpłynęło na ich postrzeganie rzeczywistości fatalnie – w większości muł zaczął wstępować pod ich sklepienia a trepiozę mieli w stopniu mocno zaawansowanym. Niestety – do końca szkoły czyli do promocji tylko u nielicznych udało się ten proces przerwać. Na naszej kompanii żyło się o niebo lepiej. Przede wszystkim mieliśmy porządnego dowódcę kompanii (na II roku dostał awans na kapitana). Facet nie robił afery z byle problemu, przez te 4 lata ani razu nie podniósł na nas głosu (czasami miał do tego prawo ale potrafił inaczej to załatwić). Szef też był w porządku (nazwiska nie pamiętam). Nasz polityczny ... sorry, chciałem powiedzieć wychowawczy to był „generalnie rzecz biorąc” major „Flacha”. Jego nazwiska nie pamiętam ale „generalnie rzecz biorąc” zawsze był na rauszu. Śmiesznie to wyglądało, jak rano wybiegaliśmy na zaprawę a on miał nadzór nad jej przebiegiem. „Generalnie rzecz biorąc” zawsze spotykaliśmy majora z jego psem rasy owczarek niemiecki. I czasami widać było, kto kogo wyprowadza na spacer ;). No, i to jego charakterystyczne „generalnie rzeczy branie” – tak zaczynał każdą wypowiedź. Facet bredził twardo socjalistyczne banały ale na robocie politycznej, ups! wychowawczej to on się znał. Dzięki niemu dowódca kompanii zawsze wiedział, co się dzieje lub co się knuje na kompanii. Miał dobrego szpiega. Jeżeli ktoś pomyśli, że to byli pisarze to zna tylko część prawdy. Lizusi, o których zaraz napiszę też nie byli jego „gorącą linią”. Był nim podchorąży z 3 plutonu zwany „Gamera” (pamiętacie taki japoński film w kinach „Superpotwór”? Tam był taki olbrzymi żółw, który walczył z potworami ;)). O tym fakcie dowiedziałem się przy okazji spotkania pana majora po kilku latach od czasu opuszczenia murów WSOWŁ. Jako że drinkować lubił dalej, w pijackiej szczerości wyznał mi swojego „agenta Bolka”. Śmiał mi się „Flacha” w żywe oczy a mnie przestała wódka smakować. Więc dowództwo wiedziało, skąd wiatr wieje ale nie posuwało się nigdy do kroków ostatecznych typu wymarsz do Dębego albo jakaś ponadplanowa taktyka na „Saharce”. 
Po prostu ucinano hydrze łeb przy samej dupie i spokój. Do naszego wychowawczego mam tyle, że błazna z siebie robił ponieważ nie powinien był pokazywać się nam w takim stanie. Ale cóż... są ludzie i ludziska. Dowódcy plutonów również byli różni. Kto dowodził pierwszym plutonem, po prostu nie wiem. Facet rzadko pokazywał się na forum kompanii i w rzeczywistości rządził tam pomocnik, który był w porządku facetem („Kocyk”, pozdrowienia! ;)). W ogóle, na I roku 1 pluton był wzorem zgranej paki, za wyjątkiem pisarza kompanii (o nim za chwilę). O naszym dowódcy plutonu trochę pisałem na początku, teraz troszeczkę szerzej. Cóż... po prostu był szują. Kiedy już „Szwadrony śmierci” wypuściły nas ze swoich szponów, nadszedł czas na pracę, więc nasz dowódca zaczął pokazywać rogi. Ciągle był niezadowolony, ciągle coś było nie tak. Nigdy nam nie powiedział wprost: „Będziecie mieli ze mną przejebane”, jednak przez cały czas robił wszystko, aby tak było. Jego ambitne gadki w stylu „oficer musi mieć charyzmę”, „oficer musi być szanowany”, „oficer musi być honorowy” czy też „oficer nie może być złodziejem” można było sobie między buty włożyć (ja włożyłem do opinaczy – tak samo śmierdziało). 

Charyzmy nasz dowódca nie miał bo szybko wyczuliśmy jego szujowaty, radomski charakter. Nie szło go szanować, ponieważ nie dbał o nasz pluton. Warta z soboty na niedzielę? Proszę bardzo, 2 pluton. Dać ludzi na jakąś fuchę? 2 pluton ludzi ma to ludzi da. „Honorowy” był do bólu olewając nawet fakt, że pomocnik dowódcy plutonu to złodziej i rąbie nam pieniądze. Przeciwnie, na złość nam jeszcze go wyróżnił (!!!). Godni opisania są też pierwsi dowódcy drużyn, których wybrał sobie osobiście na końcu unitarki. Jedynym porządnym był dowódca I drużyny. Nie dał się ani dowódcy plutonu ani jego pomocnikowi więc po jakimś miesiącu został zmieniony na „Wolfa”, gościa z małego miasteczka, gdzie była jednostka wojskowa i lasy, lasy, lasy (nie był to Żagań ;)). „Wolf” miał trepowskie zachowania od początku unitarki ale na jego szczęście przez te kilka miesięcy dowodzenia szybko wywietrzały mu z jego wielkiej głowy. II drużyna (moja) miała najgorzej, bo dowódca drużyny był jednocześnie pomocnikiem dowódcy plutonu. Gość był cwaniaczkiem z Inowrocławia rodem. Cwane gadki, popisy przed przełożonymi, podpieprzanie ludzi z sali i plutonu – miał to „obcykane” w jednym palcu. Potrafił się gnój ustawiać żaglem do wiatru. No i żadnych zahamowań przed kradzieżą. Więc to my zapieprzaliśmy najwięcej, łapaliśmy najgorsze służby i posterunki a także wyłącznie na naszej sali ginęły pieniądze. 

Natomiast dowódca III drużyny – patrząc na „Frączewskiego” zastanawiałem się, kiedy facet rozpęta III wojnę światową. Ludzie kochani, głupszego człowieka nie widziałem w życiu. Gość rodem z Gubina, non stop opowiadał nam „Gubin story” np. jak to ruski czołg przejechał po Odrze na polski brzeg, jak to jakaś tam bateria „katiusz” ostrzelała rynek w Gubinie (!!!). Facet zanim pomyślał to już zrobił (nie jestem pewien czy w ogóle myślał). Na szczęście był tak przytrzymany, że nasze „taborety” kręciły nim jak chińskim termosem i mieli spokój. To byli dowódcy drużyn teraz trochę o „przekroju społeczno – demograficznym” naszego plutonu. Zbieranina ludzi z całej Polski, mieszanina dialektów językowych i charakterów. 

Najlepiej w tym torcie dawali sobie radę chłopaki z Kielecczyzny. Co „scyzory” to „scyzory” ;). A że dowódca plutonu był z Radomia to ich gnębił najbardziej. Wszyscy mieliśmy różne wykształcenie (liceum, technikum i diabli wiedzą co jeszcze). Było też kilku „janczarów” czyli absolwentów liceum wojskowego. („Janczary” to stąd, że niby porwani za młodu ;) ) ale chyba tylko trzech ich dotrwało do promocji. Podobno była to jakaś prawidłowość, że stanowili duży procent odpadających z WSO. Ci mieli już poniekąd 4 lata wojska za sobą ale niektórych przestało ono dziwić a innych nie przestawało wkurwiać ;) i ci odpadli. No i było kilku przedstawicieli stolicy i okolic. Na tle innych „krawaciarzy” wypadali dobrze za wyjątkiem szmaciarza z Serocka o ksywie „Jura”. Temu to naprawdę wojsko życie uratowało. Do domciu blisko, trochę znajomych na szkole... „Jura” nie mógł lepiej trafić. Całą unitarkę w trampkach przechodził, całą szkołę na lizaniu dupy, braniu na litość oraz podpieprzaniu innych przejechał. Zaiste, wspaniały z niego oficer. Na drużyny podzielił nas dowódca plutonu według wzrostu. Najweselszą drużyną była trzecia. Nazwaliśmy ich „Taborety”, ponieważ niscy chłopaki byli więc aby ich dojrzano, musieliby wejść na taboret ;). „Taborety” były bardzo zgrane, po kilku miesiącach przejęli naszą kompanijną kawiarenkę, więc była dobra melina na gorzałę i cywilki ;). Tak... marudzę na na naszego wodza plutonu i jego pomagierów ale to chyba trzeci pluton miał najgorzej. Im trafił się dowódca, którego można skwitować trzema określeniami – „trep”, „koń” i „biedak”. Trep – pisałem wcześniej, kogo uważam za trepa. „Koń” – bo tylko koń robi co mu każą, nawet nie zastanawiając się nad sensem komendy. A „biedak”? Bo tylko biedak chodzi non stop w mundurze, nawet po godzinach pracy.

Przez te 5 dni odwiedziłem rodzinę, wszędzie witano mnie jak Chrystusa Zmartwychwstańca, oczywiście większą część czasu spędziłem z dziewczyną i przyszedł moment powrotu – jakże ciężki. Ale cóż było robić? Do pociągu odprowadzał mnie brat i dopiero kiedy pociąg ruszał, podał mi aktówkę z piwami (bałem się spotkania z ZW). Właściwie to czułem się tak samo jak jadąc do wojska. Jazda w nieznane. Jechałem, piłem piwo i myślałem, jak to dalej będzie. Jedyną pocieszającą rzeczą było to, że IV rocznik zniknie za horyzontem na długie 6 miesięcy (praktyki w jednostkach). Będziemy mogli rządzić się we własnym sosie sami.