O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski
- Piotr Grześkowiak

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.

Skąd się biorą trepy?

01 - Jak to się zaczęło, czyli jak poszedłem na ZAWODOWCA
02 - Nie matura lecz chęć szczera, czyli EGZAMINY WSTĘPNE
03 - Unitarka
04 - Smutne jest życie młodego budynia
05 - Pierwsze koty za płoty
06 - Pierwsze "redukcje na luz"
07 - III Semestr - "Zmośkane życie"
08 - Początek IV semestru, koniec "szuwarskiej" nocy
09 - Wiosenno-letnie manewry i "manewry"
10 - Masa radości, bo to początki starości
11 - W przygotowaniu


Nie matura lecz chęć szczera, czyli EGZAMINY WSTĘPNE

Jak się rzekło wcześniej, do Warszawy jechałem około 4 godzin. Podróż nie dłużyła się, bo PKP najwidoczniej poszła z duchem przemian i w WARSIE piwa było pod dostatkiem i bez czasowych ograniczeń typu „alkohole podajemy po 13:00”, nie było już także spierdzielającej z patyka zakąski. Jechałem więc i spokojnie pociągałem browarek. Mogłem sobie na to pozwolić, gdyż podpułkownik zapewniał, że z moimi ocenami zdanie wstępniaka na WSO to formalność. W Warszawie motałem się chwilę, zanim jakiś tubylec wyklarował mi, z którego dworca odjeżdżają PKS do Zegrza (Warszawa Zachodnia PKS). 

W Zegrzu następna motka, ponieważ wysiadłem w tzw. Zegrzu Południowym. Poszedłem do bramy, na której widniał napis „Wojsko Polskie” gdzie cywilny wartownik (tzw. „kruk”) poinformował mnie, że szkoła jest za mostem a tu jest WIŁ (Wojskowy Instytut Łączności). Mój stres związany z przekroczeniem bramy na chwilę opadł, więc postanowiłem jeszcze przedłużyć sobie chwile wolności przy browarku. W jedynym na tym „południowym” zadupiu sklepie kupiłem dwa „Królewskie” (Boże, co za siki Weroniki – czy „Warszawki” nie stać na lepszy wyrób?) i poszedłem na brzeg Zalewu Zegrzyńskiego. Psycha klękała mi coraz bardziej, kiedy widziałem rozmiar tego zadupia. Przede wszystkim dziwny smród (potem dowiedziałem się, że to fabryka celulozy w Ostrołęce często wypuszczała do Narwi różne paskudztwa) no i syf wokół domów – piramidy żelastwa, gruzu i śmieci. A wszystko to na obrzeżach stolicy – wizytówka nader wymowna. Ale co tam syf i śmieci! Najgorsze miało dopiero nadejść, kiedy ruszyłem na Zegrze Północne. Zza zakrzaczonego zakrętu wyłonił się monstrualnych rozmiarów most (4 przęsła po 12 podpór każde ale o tym symbolu trochę dalej) a za nim wzgórze porośnięte drzewami, spośród których wybijał w niebo kolejny symbol Zegrza – maszt anteny R – 404. Nie wiem dlaczego ale poczułem się jak generał Sosabowski pod Arnhem – przejść ten most czy nie przejść? Tyle jednak już spadło tego dnia na moją biedną głowę, że powlokłem się przez most w stronę szkoły. 

Na biurze przepustek oddałem skierowanie i chwilę czekałem, zanim nie zjawił się jakiś podchorąży i nie zabrał mnie na miejsce zakwaterowania. Po drodze zgadaliśmy się, że pochodzimy z jednych stron, on chwilę opowiadał mi, jak tu jest, co trzeba robić i czego unikać. Umówiliśmy się na wieczorne piwko i on poszedł w swoją stronę. Ja natomiast zacząłem poznawać pierwsze tajniki wojska np. pobieranie pościeli („Szybciej kurwa, młody, czego się motasz?!” „Kurwa, nie podskakuj, bo za trzy tygodnie dopadniemy Cię, wtedy będziesz miauczał...” i tym podobne teksty). Do końca dnia z tego szoku wypaliłem chyba paczkę fajek. Wieczorek przyszedł Mirek i zabrał mnie na obiecane piwo. Poszliśmy do kawiarenki nad Zalewem – jedynej wtedy knajpy w Zegrzu (kasyna nie liczę, bo wtedy było dostępne tylko dla wojskowych). Przy piwie zadawałem mnóstwo pytań, na część z nich Mirek odpowiadał od razu a z częścią kazał zaczekać do czasu przyjścia do wojska („Nie odpowiem, bo nie zrozumiesz – musisz sam to przeżyć”). Ogólnie jednak podbudował moją psychikę. Manewr z odpękaniem ZSW na szkole uznał za słuszny, jakkolwiek poradził dać sobie na wstrzymanie – 18 miesięcy to kawał czasu a w Polsce zmiany. Jak się potem okazało – to była bardzo mądra rada.

Same egzaminy to była żenada – poziom 3 klasy technikum. Wyjątek stanowił WF, gdzie trzeba się było sprężać. W sumie trzy dni mojego pobytu na Zegrzu zajęły mi zdawanie egzaminów, oczekiwanie na kolejny oraz wieczorne skoki przez płot do kawiarenki. Naprawdę, trzeba było mocno się postarać (albo być totalnym zerem) aby nie zdać tych egzaminów. Obserwowałem swoich przyszłych kolegów i niektórymi byłem załamany, zarówno pod względem ich pochodzenia jak i mentalności. Ale to miało dopiero w całej okazałości wyjść podczas studiów. Na razie była jeszcze perspektywa trzech tygodni wolności. Czwartego dnia rano dowiedziałem się, że zostałem przyjęty, błyskawicznie zdałem pościel, posprzątałem pokój i wiałem z tego miejsca aż się kurzyło.

Jak się czułem? Nijak. Odczuwałem tylko ulgę, że poszło to w ten sposób. Mniej zadowolona była moja dziewczyna. Perspektywa rozłąki dla młodych ludzi zawsze jest przerażająca. Aśka również miała kumpli, którzy byli w wojsku i coś tam Jej naopowiadali o chętnych panienkach z około poligonowych wiosek. Oboje pocieszaliśmy się tym, że być może będę obracał się wśród ludzi na poziomie i z jednego rocznika, zatem o „falowaniu” nie może być mowy. Do domu miałem blisko, więc zaczęliśmy patrzeć na całą sytuację w miarę spokojnie.

Następnego dnia poszedłem do WKU, gdzie przedstawiłem podpułkownikowi zaświadczenie o zdaniu egzaminów. Przeczytał, podniósł na mnie oczy a ja zobaczyłem zupełnie innego człowieka! Obcesowy, suchy i niebywale zasadniczy wypisał mi bilet i odprawił jak ostatniego śmiecia. Długo potem dowiedziałem się przyczyn takiego zachowania. Otóż taki gość nabijał sobie punktów, jeżeli zwerbował jak najwięcej ludzi do WSO albo innych szkół wojskowych. Jeżeli zdałem, stawałem się tylko kolejnym milowym kamieniem w jego „drodze chwały”. Przykre, ale prawdziwe. Ostatnie trzy tygodnie przed wojskiem spędziłem intensywnie, zgodnie z radą Mirka („Młody, to będą Twoje ostatnie normalne wakacje w życiu”). Z dziewczyną byliśmy kilka dni pod namiotem, objeździłem całą rodzinę pijąc i żegnając się. 24 września długo siedziałem u Aśki, po raz pierwszy poczułem się nieswojo, kiedy na pożegnanie zobaczyłem łzy w Jej oczach. W domu Ojciec podgrzewał mi współczynnik „Q” chichocząc i docinając: „O rany, jutro już będziesz spał na wojskowym łóżku”. 

Luuudzieee ... W żołądku miałem sopel lodu. Czy każdy z Was czuł się tak tej ostatniej nocy? Jakoś udało mi się zasnąć, zbudziło mnie dopiero terkotanie budzika. Była 05:00 - 25 września 1990 roku. Powiem szczerze – nie pamiętam, co jadłem, czym dojechałem do Warszawy, skąd w moim plecaku był karton fajek i flaszka „Żytniej”. Mój szok pogłębiony był widokiem beczącego Ojca w drzwiach domu. Oprzytomniałem dopiero na dworcu PKS Warszawa Zachodnia, kiedy klepnął mnie w ramię koleś poznany w czasie egzaminów wstępnych. Obaj zdecydowaliśmy, że 11:00 to pora zbyt wczesna na bratanie się z wojskiem i wysiedliśmy w Zegrzu Południowym. W znanym już sklepie kupiliśmy tym razem „Warkę” i poszliśmy nad Zalew. Kurdę, nigdy nie zapomnę tego widoku na Rynię, żaglówek sunących po Zalewie i nieba pokrytego strzępiastymi chmurkami. „Boże, co ja narobiłem? Mam to wszystko stracić?” Miałem zamiar wstać, cisnąć biletem o ziemię i wrócić do domu, do dziewczyny. Niech się dzieje, co chce ... Z ponurego nastroju wyrwał mnie kumpel pytaniem, jak zamierzam przemycić flachę na teren jednostki. Ponieważ mój plecak posiadał sprytną wewnętrzną kieszeń, wziąłem również flaszkę kumpla i poszliśmy w kierunku bramy z napisem: „WYŻSZA SZKOŁA OFICERSKA WOJSK ŁĄCZNOŚCI”. Weszliśmy na biuro przepustek, chwilę poczekaliśmy aż ktoś nas odbierze i przechodząc na drugą stronę biura mocno uścisnęliśmy sobie dłonie. Była 13:35 - 25 września 1990 roku.