O NAS

START
Strona główna
Co nowego
Ważne daty
Komunikaty
Statut Klubu
Rada Nadzorcza

KONTAKT

Napisz do nas
Księga gosci

LISTA KLUBOWICZÓW

Zapisz się
Lista Klubowiczów
Zgłoszenia odrzucone-01.2017
Zgłoszenia odrzucone-02.2017
Zgłoszenia odrzucone-03.2017
Zgłoszenia odrzucone-04.2017
Zgłoszenia odrzucone-05.2017
Zgłoszenia odrzucone-06.2017
Zgłoszenia odrzucone-07.2017
Zgłoszenia odrzucone-08.2017
Zgłoszenia odrzucone-09.2017
Zgłoszenia odrzucone-10.2017
Zgłoszenia odrzucone-11.2017
Zgłoszenia odrzucone-12.2017

PIOSENKI REZERWY

Piosenki rezerwy

O WOJSKU

Polecamy serial
Sondaż
Z czym do NATO
O Kawalerii raz jeszcze
Misje wojskowe
Na papierze
Kryptonim JW
Historia SPR-ów
Linki wojskowe
Jak przeżyć armię

Skąd się biorą trepy?

Wstęp

Materiały Rezerwistów

Wstęp
- Janusz Kłosowski
- Robert Hes
- Tadeusz Pochopień
- Mirosław Rus
- Andrzej Iwankiewicz
- Ireneusz Mitko
- Dariusz Kiełbowicz
- Filip Tyszka
- Marek Kamiński
- Krzysztof Chmielewski
- Piotr Wentlandt
- Adam Trębacz
- Wojciech Wnęk
- Karol Daniec
- Ryszard Jastrzębski
- Andrzej Czeczot
- Ryszard Jastrzębski

i nie tylko Rezerwistów

Mieczysław
Stanisław Kaczmarczyk
DOCENT
Vladislav Lojek

Fotogalerie

WSO Wrocław
więcej >>>

Napisali o nas

My koledzy z wojska

Ze strony MON-u

-

Statystyka

 

 

 

Copyright 1999-2017 by
Rezerwa
Wszelkie prawa zastrzeżone
ISO 8859-2
Aktualizowane: 02.01.2017 r.


JAK TO JEST I JAK TO BYŁO Z TYM SPR-em ....

Część I - Początki (autor: Adam Cichowicz)

Pomysł z SOR-ami (Szkołami Oficerów Rezerwy) powstał w pierwszej połowie lat 70-tych. Nie pamiętam w tej chwili dokładnie, kiedy rozpoczął się pierwszy pobór – było to w 1973 roku. Do tego naboru trafili ludzie, którzy odbyli wszystkie zajęcia tzw. mundurowego studium wojskowego wraz bodajże z ostatnim, miesięcznym obozem po IV roku – wtedy otrzymywali awans na kaprala podchorążego.

Rocznik ten najbardziej klął na pomysł SOR-ów, bo nagle okazało się, że po studiach muszą jeszcze odpękać jeden pełny rok. Z drugiej strony – mieli oni największy luz: trafili przecież do ośrodków szkolenia oficerów lub do szkół oficerskich, byli po przysiędze i w większości w randze kaprala pchor. Kadra zawodowa nie bardzo wiedziała, co z nimi robić. Po 6 miesięcznym pobycie w szkole oficerskiej skierowano ich na praktyki do jednostek - tam też mieli pełny luz. Po praktyce otrzymywali awans na stopień podporucznika. Następne roczniki, aż do 1976 roku zgrzytały zębami, bo oni również odbyli część szkolenia w mundurowym studium wojskowym. Studium wojskowe – to oddzielny temat do opowiadań.

Studia na SGGW (wydział melioracji) kończyłem w 1977 roku i 3 stycznia 1978r. znalazłem się w SOR-ze przy Centrum Szkolenia Oficerów Politycznych. Znalazłem się tam dzięki udziałom w różnych konkursach na tematy z historii wojskowości. Propozycja skierowania do Łodzi była wówczas swoistym „wyróżnieniem” – z uwagi na to, był to chyba jedyny SOR, w którym nie było dowódców drużyn, rekrutowanych spośród służby czynnej. Pokoje były 4-ososbowe, a posiłki w kasynie, a nie w stołówce żołnierskiej. Jak się jednak okazało – okupione to było tematyką zajęć: przedmioty rodem z lat stalinizmu: zakłamana „Historia wojskowości”, zupełnie niestrawny „Komunizm naukowy” (ale nazwa!) i inne tego typu dziwolągi. Do CSOP kierowano praktycznie absolwentów uniwersytetów, w szczególności nauczycieli (języka polskiego, historii) oraz prawników. Czasami trafiał się jakiś aktywista partyjny lub młodzieżowy. Co ciekawe – na SGGW podobno kierowano do CSOP także różnych aktywistów organizacji młodzieżowych, ale wszyscy oni jakoś się od tego skutecznie wywijali (nawiasem mówiąc – wszyscy czynnie wspierający kierowniczą rolę PZPR w tamtych latach byli reklamowani od służby w SOR-ze: ich kierowano na cywilne politologiczne studia podyplomowe). Moi koledzy z roku trafiali albo do Wyższej Oficerskiej Szkoły Wojsk Inżynieryjnych we Wrocławiu albo też do tzw. ZMECH-u czyli WSO Wojsk Lądowych we Wrocławiu lub też do ośrodka szkolenia wojsk lądowych w Elblągu. Ośrodek w Elblągu był traktowany jako karne zesłanie: przez pierwszy miesiąc SOR-owców brali w obroty kaprale służby zawodowej. Ciekawy SOR istniał w Dęblinie – praktycznie nikt prawie o nim nie wiedział. SOR-owców był chyba jeden pluton, zajęcia dotyczyły naziemnej obsługi lotów, po zajęciach SOR-owcy mogli iść gdzie chcieli, ubrania cywilne cały czas mieli ze sobą. Pierwsze pół roku było okresem szkolenia oficerskiego i dzieliło się na kilka okresów - jeśli dobrze pamiętam, to były cztery okresy - każdy z nich kończył się zwykle awansem na następny stopień. O awansie decydowała średnia ocen z przedmiotów, które były „wykładane”. Ostatni, czwarty okres kończył się egzaminem oficerskim i w rezultacie kończyło się szkółkę w stopniu plutonowego podchorążego. Jeśli ktoś podpadł lub nie wyrobił średniej ocen – kończył ten półroczny okres z niższym stopniem – z reguły nie niższym niż starszy kapral podchorąży. Jeśli po drodze były święta państwowe: zwykle to było 9 maja i 12 października (nabory odbywały się wtedy dwa razy w roku: w styczniu i w lipcu) to wyróżniający się (wysoka średnia, która zwykle wiązała się z podlizywaniem przełożonym) mogli przeskoczyć szczebelek awansu i wówczas kończyli pierwsze półrocze w stopniu sierżanta podchorążego. Po egzaminach przysługiwało 10 dni urlopu, po którym udawało się do wskazanej jednostki na praktykę dowódczą, Zwykle były to stanowiska pomocnika dowódcy plutonu. Praktykanci posiadali status zawodowej kadry oficerskiej – mieszkali poza terenem jednostki, w internacie lub hotelu garnizonowym. Obowiązywał czas pracy od 7-mej do 15-tej plus ewentualne służby i dyżury. Wyżywienie w kasynie oficerskim. Praktycznie w piątek przed wolną sobotą (bo nie wszystkie były wolne) o 14-tej można było jechać do domu – o ile było blisko. Przydział na praktyki (miejsce ich odbywania) odbywał się na zasadzie: możliwie najdalej od miejsca stałego zamieszkania, chociaż było sporo wyjątków. Praktykę odbywałem w Pułku Zmechanizowanym w Morągu. Ze mną było kilku SOR-owców z woj. olsztyńskiego, więc często jeździli do domu. Ja do miejsca zamieszkania (Chełm) miałem ponad 500 km, co przekładało się na 12-godzinną podróż. Był jednak pewien plus – otóż ci, co byli żonaci dostawali raz na miesiąc 4 dni urlopu (nazywaliśmy to „kominowe”). Brałem służby za kolegów, którzy mieli bliżej do domu, w wolne soboty i w niedziele (za które przysługiwały wolne dni). W rezultacie co 4 tygodnie miałem wyjazd do domu na 7 dni. W okresie mego pobytu w Morągu udało mi się dość skutecznie zlikwidować zjawisko „fali” w jednej kompanii szkolnej (sprawa miała swój epilog w prokuraturze wojskowej). Pobyt na praktyce kończył się zgrupowaniem, na którym odbywała się promocja na stopień oficerski – podporucznika. Potem powrót do jednostki, rozliczenie i ulga: wreszcie powrót do domu. Ulga była pozorna – po powrocie WKU wciągała na swoją listę. Ja znalazłem się na przydziale mobilizacyjnym i to tak paskudnym, że począwszy od 1980 roku cztery razy, średnio co dwa lata lądowałem na miesięcznym szkoleniu poligowym rezerwy. Na szczęście cudem jakimś ominął mnie stan wojenny – w moim regionie powoływano tylko do ZOMO. W 1987 r. spędziłem nawet w armii dwa miesiące: miesiąc na szkoleniu w ośrodku szkoleniowym (WKDO – Wyższy Kurs Dokształcania Oficerów) i miesiąc na poligonie. Częste pobyty na poligonie spowodowały, że najpierw awansowano mnie na porucznika, potem zaś na kapitana. Dzięki osobistym dobrym kontaktom od 1987 r. moje papiery odłożono gdzieś pod spód i od tej chwili nie byłem powoływany. Co ciekawe – o powołaniu na ćwiczenia głównie decydowała jednostka, do której miało się przydział, a nie WKU. Jednostce zwykle zależało na tym, by powoływać tych samych oficerów rezerwy, bo nie trzeba było ich od początku uczyć, co mają robić – zaś każdy pobór wiązał się z jakąś inspekcją jednostki, co przekładało się na późniejszą politykę awansową kadry zawodowej. Zwyczajowo oficerów na ćwiczenia powoływano do 40-45 roku życia, potem dawano im spokój. Teraz mam święty spokój. Co ciekawe – od 1980 r. działałem w Solidarności, a mimo to armia kurczowo trzymała mnie na stanowisku oficera politycznego. Na ćwiczeniach nie miałem kompletnie nic do roboty – no bo jak np. cywil z Solidarności ma organizować szkolenie aktywu partyjnego dywizjonu? W 1995 roku odebrano mi przydział mobilizacyjny (na szczęście – bo miałem przydział do rzutu alarmowego pułku artylerii), a w kilka miesiące później przeniesiono mnie do straży granicznej. Ciekawostką jest to, że zostałem zakwalifikowany do oficerów administracyjno-biurowych. Przed okresem SOR-ów studenci po pierwszym roku studium wojskowego na pierwszym obozie mieli przysięgę. Stopień szeregowy podchorąży uzyskiwali z chwilą rozpoczęcia zajęć na studium wojskowym. Po ukończeniu piątego roku studiów lądowali na miesięcznym obozie wojskowym, kończącym się egzaminem oficerskim. Uzyskiwali bodajże stopień kaprala albo plutonowego podchorążego. Stopień oficerski uzyskiwali po odsłużeniu w rezerwie określonego czasu - chyba miesiąc lub dwa na poligonie. Podobno istniała możliwość podjęcia rocznej służby czynnej w wojsku, dającej awans na podporucznika. 

kapitan rezerwy Adam Cichowicz, Chełm (aktualizacja 15.11.2006 r.)

 

Część II - Krótki rys historyczny autorstwa plut. pchor. Piotra Paszkowskiego.

Poniższe wiadomości nie pochodzą z jednego monograficznego źródła, lecz są zbiorem wiedzy zebranej z różnej literatury i rozmów z ludźmi. Dlatego zapewne są tam błędy i niedokładności. Pozwolą one jednak zorientować się dzisiejszym podchorążym, że służba absolwentów to nie wynalazek końca lat dziewięćdziesiątych, jak wielu uważa.

Od około 1991 roku „Długotrwałe Przeszkolenie Wojskowe Absolwentów Szkół Wyższych” trwa 6 miesięcy, a szkolenie dzieli się na 3 miesiące SPR i 3 miesiące praktyki. Pobór jest szczątkowy, w niektórych latach zerowy. Szkółka kończy się egzaminem i praktyka również. Tyle, że egzaminem oficerskim. Stopień podporucznika rezerwy można uzyskać jednak dopiero po odbyciu, już w rezerwie, kilku przeszkoleń w jednostce do której otrzymało się przydział mobilizacyjny.

W 1990 roku służba trwała 6 miesięcy i ograniczała się do SPR, bo praktyki nie było.

W latach 80-tych (roku początkowego nie znam dokładnie, rok końcowy to 1989) służba trwała 12 miesięcy: 4 miesiące SPR i 8 miesięcy praktyki. 

Od tej reguły istniały także wyjątki:
pchor. Andrzej Chrząszcz sygnalizuje, że funkcjonowały SPR-y dla absolwentów filologii władających językiem zachodnim. Sam SPR trwał tylko 2 miesiące, a następnie absolwenci wysyłani byli na 10 miesięczną praktykę. We wrocławskim "ZMECH-u" istniał pluton o specjalności tłumacz. 

Aż do 1989 roku można uznać, że „długotrwałe przeszkolenie absolwentów ...” miało charakter powszechny. Na uczelniach działało Studium Wojskowe, teoretyczne szkolenie trwało na nim dwa semestry, jeden dzień tygodniowo. Do służby czynnej brano prawie wszystkich. Kryteria zdrowotne były znacznie ostrzejsze niż teraz (czyli brano nawet z defektami teraz uznawanymi za dyskwalifikujące), a załatwianie „znajomościowo-korupcyjne” miało wyraźnie mniejszy zasięg niż dziś. Przykładowo z ok. 60 chłopaków, którzy skończyli Wydział Leśny SGGW razem ze mną w 1986, wojska uniknęło tylko około pięciu. Jak zawsze wyjątkiem byli medycy, mieli Studium Wojskowe jak wszyscy, ale służby czynnej albo nie mieli wcale, albo tylko kilka tygodni w czasie wakacji. Inaczej było też w Szkołach Morskich, ale jak dokładnie nie wiem. Od początku lat 80., aż do dziś podchorąży wychodził ze służby czynnej ze stopniem podoficerskim i tytułem podchorążego. Za egzamin oficerski uznawano egzamin końcowy po SPR, nie było oddzielnego egzaminu na koniec praktyki. Przydziały mobilizacyjne dostawało niewielu (bo była znaczna nadwyżka wyprodukowanych podchorążych ponad wojenny etat). Podporucznika można było dostać po przebyciu co najmniej kilkudziesięciu dni szkolenia w rezerwie, więc ten zaszczyt spotykał bardzo niewielu, bo z tych którzy mieli karty mobilizacyjne tylko niewielu brano na regularne ćwiczenia. Wyjątkiem znowu byli medycy, dostawali ppor. zwykle przy pierwszych ćwiczeniach w rezerwie.

W latach 70-tych (dokładnych lat podać nie umiem) było Studium Wojskowe na uczelni, a służba czynna trwała też 12 miesięcy, najpierw w Szkole Oficerów Rezerwy - SOR, potem na praktyce. Różnicą było to, że wychodziło się z wojska jako podporucznik, choć nie wiem, czy dostawało się nominację po SOR, czy dopiero po praktyce.

W latach 60-tych na uczelniach było już Studium Wojskowe, ale służba czynna ograniczała się do wakacyjnych obozów. Nie wiem z jakim stopniem przechodziło się do rezerwy, raczej nie było wtedy instytucji podchorążego. Wojsko miało jednak prawo przerwać studia i wezwać do normalnej służby zasadniczej. Los taki spotkał część studentów, którzy podpadli w czasie wydarzeń w marcu 1968. Lata 60. były przełomowe, bo wcześniej nie było zróżnicowania służby zasadniczej i absolwenckiej.

W latach 50 to już groza. Po pierwsze ustawa sankcjonowała wtedy, powołanie do służby zawodowej pod przymusem. Była to praktyka dość częsta, bo wojsku brakowało zwłaszcza oficerów inżynierów i lekarzy. Znajomy mego ojca po skończeniu budownictwa na politechnice został właśnie takim „zawodowym z poboru”, nie było wyjścia, dosłużył się pułkownika, zbudował połowę polskich lotnisk wojskowych, a było ich wtedy bez liku. Z „poboru na zawodowego” korzystano do ok. 1956 roku, potem tego zaniechano, choć prawne możliwości pozostały jeszcze dość długo. Ci którzy mieli więcej szczęścia (a może mniej - to kwestia wyboru), po studiach byli brani do normalnej 2-letniej (w niektórych specjalnościach 3-letniej) służby zasadniczej. Czasami absolwentów zwalniano wcześniej. Część musiała jednak dosłużyć do końca, ale zwykle w trakcie zostawali podoficerami i zajmowali stanowiska etatowo przeznaczone dla zawodowych.

Przed wojną było podobnie jak dziś. Każdy absolwent szkoły średniej (po tzw. dużej maturze) uzyskiwał prawo do służby podchorążackiej. Studenci mieli te same prawa, a służyli po zakończeniu studiów. Pobór był jak najbardziej powszechny. Szkolenie trwało 12 miesięcy i było podzielone na SPR (jak widać to historyczna nazwa) i praktykę. Z czasów przedwojennych datuje się biało-czerwony „sznurek censusowca” (dziś tzw. makaron), naszywany wokół naramienników. Przysługiwał on jednak nie tylko podchorążym (rezerwy), ale też tym którzy mieli co najmniej średnie wykształcenie, a z jakiejś przyczyny nie zostali podchorążymi. Po stopniu używali oni dodatku „z cenzusem”, czyli np. starszy ułan z cenzusem. Nie nosili oni metalowej odznaki SPR, takiej jak nosimy dziś. Przed wojną prawie wszyscy podchorążowie po przejściu do rezerwy dostawali przydziały mobilizacyjne (wojsko wychodziło ze słusznego założenia, że im więcej w nim dobrze wykształconych żołnierzy, tym wojsko lepsze). Szkolenia w rezerwie należały wtedy do normalności i dlatego znaczna część podchorążych awansowała na ppor. i wyżej. We wrześniu 1939 zdarzali się kapitanowie z rezerwy.

Cofając się jeszcze głębiej mamy do rozpatrzenia armie zaborców. Podobny do polskiego przedwojennego i dzisiejszego był system w Austro-Węgrzech. Kto czytał Szwejka to zna niejakiego Jednorocznego Ochotnika Marka, to właśnie taki nasz podchorąży rezerwy. Nieco mniej sympatii budzi podporucznik Dub, też z rezerwy, w cywilu gimnazjalny nauczyciel geografii. 

 "Jeśli wojna jest długa, to zaczynają ja oficerowie zawodowi,
ale kończą rezerwiści"

 

Tekst został zamieszczony za zgodą autorów, za co serdecznie dziękujemy.
Aktualizowane: 8 września 2012 r.

Kopiowanie tekstów i zdjęć zamieszczonych na stronach Klubu Rezerwistów Wojska Polskiego w celach komercyjnych, 
w celu publikacji w innych serwisach bądź na innych stronach internetowych 
bez zgody autorów lub władz Klubu jest ZABRONIONE.